"Cóż za język, cóż za dziewczyny, cóż za wino!"
"Naprawdę nie wiadomo, co jest lepsze: los żebraka w Spoleto czy los cenionego poety nad Wisłą" – nieco żartobliwie konstatował Zbigniew Herbert podczas swej pierwszej wizyty we Włoszech.
Gdy list z tym stwierdzeniem wysyłał do rodziców, miał 35 lat, a na swym literackim koncie dwa tomy wierszy, które rzeczywiście "nad Wisłą" zostały bardzo dobrze przyjęte. Z Polski mógł wyjechać dzięki rozpoczynającej się po śmierci Stalina "odwilży", złagodzeniu terroru w Związku Radzieckim i podległych mu krajach Europy Środkowej. Gdy z szarej, sponiewieranej przez wojnę i komunizm Warszawy zmierzał do Paryża, gdzie pielgrzymował do Luwru, przed oblicze Mony Lizy, czuł się przedstawicielem "gorszej", skrzywdzonej przez historię części kontynentu, ale też – mimo wszystko – dziedzicem grecko-rzymskiej cywilizacji, całkowicie różnej od Rosji, jak uważał: azjatyckiej i obcej Europie.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Spoleto, fot. Aleksei Smyshliaev / Getty Images
Obrazek
spoleto_fot_aleksei_smyshliaev_gettyimages-1722500503.jpg
Dzięki pomocy przyjaciół z polskiej emigracji, późną wiosną roku 1959 mógł odwiedzić także Włochy, trafiając do Spoleto, na odbywający się w tym mieście Festival dei Due Mondi, stworzony przez kompozytora Gian-Carlo Menottiego i mający być spotkaniem kultury europejskiej z amerykańską, co w zimnowojennym świecie miało też znaczenie polityczne. Wśród gości znaleźli się Louis Armstrong i Luchino Visconti, Herbert – wtedy jeszcze zupełnie nieznany czytelnikom innym niż polscy – był tylko widzem, czerpał jednak z tych dni pełnymi garściami, smakując wino i podrywając dziewczęta, a przede wszystkim świętując samą obecność w kraju Petrarki i Dantego. Do starszego przyjaciela, poety i przyszłego noblisty Czesława Miłosza pisał zatem "jestem oto we Włoszech, to znaczy na kolanach przy źródle" – "cały spuchnięty ze szczęścia", a w cytowanym już liście do rodziców opowiadał: "jest tu tak przeraźliwie pięknie, że boję się energicznie poruszać, aby wszystko to nie rozleciało się jak sen". Uwiódł go umbryjski krajobraz, łuk rzymskiego akweduktu czy freski Fra Filippo Lippiego, lecz także słynna włoska radość życia, gościnność i spontaniczność mieszkańców Spoleto, nawet melodia ich mowy. Nic dziwnego, że list jest pełen wykrzykników: "cóż za język, cóż za dziewczyny, cóż za wino"...
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Tablica pamiątkowa w Albergo Tre Donzelle, Siena, fot. Booking.com
Obrazek
albergo_tre_donzelle_siena_fot_booking_26402805.jpg
***
Po zakończeniu festiwalu Herbert wyruszył na kolejne eskapady i już w czasie pierwszej z nich dotarł do Monterchi, Arezzo i Borgo San Sepolcro (a to oczywiście z powodu Piero della Francesca, by z czasem w "Zmartwychwstaniu" tego malarza zobaczyć Chrystusa "o przepaścistych oczach Dionizosa"); zwiedza Neapol, Paestum, Rzym, Florencję, Wenecję, Rawennę, Orvieto, San Gimignano, Perugię, Asyż i wreszcie Sienę, gdzie zamieszkuje w Albergo Tre Donzelle, dziś na swej fasadzie noszącym pamiątkową tablicę. Dodać można, że przynajmniej po Toskanii podróżował częściowo śladami innych polskich pisarzy, wspomnianego Miłosza czy Jarosława Iwaszkiewicza, który także doczekał się we Włoszech okolicznościowej plakietki – na murze jednej z kamienic w San Gimignano.
Zbigniew Herbert, “Barbarzyńca w ogrodzie”, fot. Czytelnik
Owocem tych dni jest wydany w Polsce w roku 1962 zbiór esejów o symbolicznym tytule "Barbarzyńca w ogrodzie". Umieścił tu Herbert m.in. szkic o freskach Signorellego w orwietańskiej katedrze, a także opowieść o Sienie, najważniejszym wtedy dlań włoskim mieście. Bystry i czuły obserwator, jest Herbert w swoich szkicach daleki i od turystycznego banału, i od pedantycznego antykwaryzmu. Opisuje dzieje miasta, a zwłaszcza jego przegranej rywalizacji z Florencją (dyskretnie dając do zrozumienia, że jako Polakowi bliższy mu jest los właśnie tych, którzy ponieśli porażkę), z sympatią opowiada o niespełnionym zamyśle zbudowania w niej największej świątyni Europy, zamyśle, po którym pozostał samotny fragment muru, okno prowadzące w pustkę. Rekonstruuje historię malarstwa sieneńskiego, zachwycając się Ducciem, którego wbrew oficjalnym hierarchiom ceni wyżej od Giotta, podobnie zresztą jak "męskiego" i zdecydowanego Signorellego wynosi ponad wyrafinowanego Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej. Wyjaśnia czytelnikowi, czym jest il Palio, tradycyjny konny wyścig na sieneńskim campo, które z kolei uznaje za jeden z najpiękniejszych placów świata. Opowiada także, jak z namaszczeniem wychyla szklanicę chianti, by odnaleźć "zapach mammola – bukietu fiołków" oraz "woń dojrzałych winogron i ziemi". Wreszcie przygląda się spotykanym w Sienie ludziom, wdaje w pogawędki, patrzy na nich – tak sam to określi – czasem "ironicznie, ale z miłością".
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Piazza del Campo, Siena, fot. Pol Albarran / Getty Images
Obrazek
piazza_del_campo_siena_tuscany_fot_pol_albarran_gettyimages-1698753211.jpg
***
Od początku lat 60. życie Zbigniewa Herberta toczyło się nerwowym rytmem, w którym krótsze lub dłuższe pobyty w Polsce przeplatały się z (nieraz wieloletnimi) wyjazdami – do Austrii, Niemiec Zachodnich, Francji, Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych. Tłumaczony na angielski i niemiecki, lubiany, a nawet podziwiany przez zachodnich czytelników, Herbert otrzymywał honoraria i nagrody, zdobywał stypendia – przeznaczając je najczęściej na dalsze podróże: do Grecji i Holandii (którym to krajom poświęcił osobne tomy esejów) oraz oczywiście do Włoch.
Choć – po części przynajmniej radosną – młodość w jego życiu zastąpiła trudna, czasem wręcz dramatyczna dojrzałość, znaczona i przez bolesną polską historię i – jeszcze bardziej – przez osobiste pasmo ciężkich depresji, podróże zawsze pomagały mu uciec przed demonami, wydobyć się z rozpaczy. Zwłaszcza może podróże do Włoch, podczas których mógł z ulgą stwierdzać, że raz jeszcze "zaczerpnął trochę słońca, morza i odświeżył oczy dobrymi obrazami". Pielgrzymował zatem z bukietem fiołków do grobu szekspirowskiej Julii w Weronie czy odnajdywał kolejne malarskie fascynacje – choćby walcząc o docenienie przez historyków dokonań Altichiera, trzynastowiecznego autora fresków w Padwie. Jeden z najpiękniejszych epizodów tych wędrówek, wizytę na plenerowej inscenizacji opery "Turandot" tak opisał w liście do żony: "jest to spektakl przejmujący, zwłaszcza jeśli się kupi tańsze bilety i siedzi się wśród Włochów, prostych robotników. Duża butelka białego wina krąży z rąk do rąk. Też popijałem (trochę) z moim sąsiadem Massimo, który podśpiewywał, trącał mnie co chwila łokciem, komentował w rodzaju popatrz, jakie piersi ma ta śpiewaczka, a na koniec wszyscy moi sąsiedzi zwariowali z entuzjazmu i ryczeli pod adresem tej śpiewaczki z piersiami: Io voglio per te morire!".
Gdyby precyzyjnie zrekonstruować włoskie podróże Herberta, otrzymalibyśmy pajęczą siatkę, łączącą bodaj wszystkie najważniejsze miasta tego kraju i oznaczającą też tysiące przemierzonych pociągami kilometrów, a do wymienionych już wcześniej miejscowości należałoby dopisać Lukkę, Pizę i jej wspaniałe Campo Santo, czy Mediolan, gdzie polski poeta mieszkał u przyjaciela – eseisty Francesca Catalluccia. Niektóre z tych miejsc trafiły zresztą do wierszy Herberta, choćby niewielkie Rovigo, z którego pisarz poznał co prawda jedynie kolejową stację z napisami "arrivi – partenze", ale które właśnie dlatego stało się dlań symbolem tajemnicy losu, jego innej linii, którą wybrać jest już za późno. Czy Ferrara, zarówno ta "prawdziwa", jak i ta znana z renesansowych obrazów, która Herbertowi przypomina miasto jego dzieciństwa, utracony przez Polskę Lwów i nad którą majestatycznie suną obłoki. W ich cieniu poeta sportretuje siebie: zarazem "zachwyconego" jak "udręczonego pięknem świata".
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Piza, Camposanto Monumentale, fot. Atlantide Phototravel / Getty Images
Obrazek
piza_camposanto_monumentale_fot_atlantide_phototravel_gettyimages-541467160.jpg
***
U kresu życia, ciężko chory, unieruchomiony w Warszawie Zbigniew Herbert marzyć będzie o "starym i kamiennym" domu w Spoleto. Na dwa miesiące przed śmiercią – planować podróż do Wenecji. Podróż, czy raczej ostatnią ucieczkę, mającą zmylić zapamiętale tropiący go ból. Mógł wtedy pamiętać zdanie, którym ponad trzydzieści lat wcześniej zamknął opowieść o kilku dniach spędzonych w Sienie: "jeśli nie bałbym się tego słowa, powiedziałbym, że byłem szczęśliwy".