Nie przerywając przemówienia, Fraser zrzuca sukienkę, potem bieliznę, kontynuuje nago; jej wystąpienie robi się boleśnie szczere; patrząc na twarze zgromadzonych, trudno rozstrzygnąć, czy są bardziej rozbawieni, czy skonsternowani jej popisami. Artystka stawia bowiem niewygodne pytania. Dla kogo tak naprawdę pracują ludzie sztuki? Dla siebie? Dla publiczności? Dla rynku i kolekcjonerów? Dla instytucji, jej patronów, systemu, w który są uwikłani?
Stawiane ponad 20 lat temu przez Fraser pytania jeszcze na krakowskiej wystawie powrócą. Tymczasem przesiadam się za sąsiednie biurko i oglądam wideo Huberta Czerepoka pod znamiennym tytułem Organizatorzy nie zapewniają wsparcia finansowego z 2000 roku. Tym razem jesteśmy w Orońsku, w Centrum Rzeźby Polskiej, w którym szykowane jest Triennale Młodych. Organizatorzy zapraszają artystów, ale jak tytuł wskazuje, nie zapewniają niczego, z wyjątkiem transportu prac – mimo wszystko potrzebują jakichś eksponatów, żeby zrobić wystawę. Czerepok odpowiada na zaproszenie, wysyłając do Orońska wielką skrzynię, która w środku kryje odpowiednik zaoferowanego budżetu, czyli nic. Z notki towarzyszącej wystawie dowiadujemy się, że kuratorzy nie zdecydowali się ostatecznie pokazać propozycji artysty – dziś pewnie podjęliby tę grę, ale w roku 2000 polskie instytucje nie umiały jeszcze dobrze grać w krytykę instytucjonalną. Czerepok nie został jednak z pustymi rękami; nakręcił film o ładowaniu i rozładowywaniu pustej skrzyni, którą nawiasem mówiąc instytucja Centrum Rzeźby gdzieś później zgubiła. Szkoda, byłby fajny, historyczny artefakt na obecną wystawę w Bunkrze.
Podobną historię z tej samej epoki opowiada Laura Pawela w projekcie Budżet 500. Tytułową kwotę w 2005 roku zaoferowała artystce na realizację wystawy Galeria Miejska Arsenał w Białymstoku. Pawela stworzyła serię niedomalowanych obrazów, na dokończenie których nie starczyło farb, bo nie było ich za co kupić; jedno z dzieł wykonane jest na połowie blejtramu. Do tego obejrzeć możemy niedziałający lightbox oraz film wideo, w którym nic się nie dzieje. Puentą Budżetu 500 jest szczegółowy kosztorys wydatkowania głodowych funduszy.
Tu wypada zrobić przypis dla młodych osób czytelniczych, które nie doświadczyły realiów przełomu XX i XXI wieku na własnej skórze. Polska nie zawsze była 20. gospodarką świata, której wzrost PKB wywołuje u nieszczęsnych, pogrążonych w stagnacji Niemców zazdrosne zgrzytanie zębami. Ktoś powie, że budżety instytucjonalne są dziś skromne, ale na przełomie wieków były skromniejsze.
Jeszcze poważniejszy deficyt dotyczył świadomości, że artyści i artystki, tworząc, wykonują jakąś pracę i że należałoby rozliczyć się z nimi za robotę. Wyciągnąć zwrot kosztów było trudno, płacenie honorariów za udział w wystawach stanowiło wyjątek potwierdzający regułę, zgodnie z którą ich nie wypłacano. Szukając ekonomicznych podstaw, na których opierać miała się produkcja artystyczna, zerkano w stronę niewidzialnej ręki rynku, ale jak to bywa z bytami niewidzialnymi – ciężko było ją dostrzec.