Awangarda, underground, popkultura
"Czy istnieje awangarda beatowa?" – pytał w tytule obszernego artykułu Ryszard Gloger w magazynie "Jazz" z maja 1970 roku. Tekst ilustrowany był okładkami płyt zespołu Franka Zappy Mothers of of Invention i grupy The Fugs – to w nich Gloger widział głównych przedstawicieli tytułowego zjawiska. W przeciwieństwie do prostych kompozycji i banalnych tekstów grup rhythm and bluesa i rock ‘n’ rolla, Mothers of Invention, The Fugs i im podobne zespoły (a wcześniej, oczywiście, The Beatles) miałyby cechować się skłonnością do eksperymentowania, przekraczania granic, łamania norm moralnych i estetycznych. Gloger wiele miejsca poświęcał undergroundowości zespołów, temu, że są alternatywne wobec mainstreamu i że plasują się na uboczu przemysłu muzycznego. Awangarda beatowa to właśnie awangarda w undergroundzie, w opozycji wobec dominujących wzorów, na marginesie głównego obiegu, a jednocześnie bardzo popowa i popularna. Artyści tacy jak Frank Zappa u progu lat 70. potrafili nie bez wdzięku i dezynwoltury pokonywać te sprzeczności.
Tezy Glogera dobrze ustawiały ramy dla postrzegania zjawiska w Polsce. Na Zachodzie przecież w ogóle nie było big beatu, a awangarda beatowa krajowego chowu miała cechy wskazane przez dziennikarza. Jej przedstawiciele łamali konwencje muzyczne i obyczajowe, stosowali nietypowe schematy rytmiczne, wkraczali za Stockhausenem w obszar muzyki intuicyjnej, sięgając po instrumenty indyjskie, chińskie i japońskie, urządzali happeningi na scenie i szokowali publikę hipisowską swobodą stylu bycia. Funkcjonowała na uboczu głównego nurtu, zbliżając się do niego tylko sporadycznie; choć więc występowała w przestrzeniach oficjalnych – domach kultury, galeriach i klubach studenckich – miała charakter undergroundowy i tak też była określana (do dziś jest: część wystawy stałej w Spichlerzu Polskiego Rocka w Jarocinie dotycząca grup awangardy beatowej zatytułowana jest właśnie "underground"). Wreszcie, zespoły takie jak Romuald i Roman, Nurt, Grupa Stress cieszyły się w swoich najlepszych momentach sporą popularnością, a legenda 74 Grupy Biednych żywa jest do dzisiaj – jakkolwiek, poza legendą, niewiele z historii Biednych pozostało. Oczywiście, była to popularność nieporównywalna z masowym uwielbieniem, jakim cieszyły się czołowe kapele big beatu.
74 Grupa Biednych z Ustki
Co więcej, awangarda beatowa łączyła w sobie elementy różnych kultur. Silne były tendencje orientalistyczne, wyraźne zwłaszcza w twórczości warszawskiej Grupy w Składzie oraz – wykraczających już poza ramy beatu – Nirwany Wojciecha Waglewskiego i Michała Urbaniaka, a przede wszystkim Osjana, założonego przez Jacka Ostaszewskiego, Marka Jackowskiego i Tomasza Hołuja. Warto tu zaznaczyć, że spiritus movens Grupy w Składzie, wedle słów Kamila Sipowicza, był Milo Kurtis, syn greckich uchodźców politycznych, przybyłych do Polski w latach 50., który przez całe życie miał przypisaną tożsamość egzotycznego obcego (choć niekoniecznie Greka: brano go m.in. za Żyda). Wschodnie motywy inspirowały też ustczan z 74 Grupy Biednych, którym, zdaniem dziennikarza Marka Garzteckiego z 1970 roku, "przeznaczona była rola polskich Beatlesów" i których sekcja rytmiczna eksperymentowała również z brzmieniami afrykańskimi.