Nasz alfabet stara się oddać sprawiedliwość zarówno bardziej znanym, jak i niesłusznie zapomnianym tekstom autorki "Roty". Wskazać bogactwo i różnorodność jej zainteresowań literackich i krytycznych.
Ananke
Aż też kiedy mrozy ścisnęły tak, że dech słupem szedł, puścił się jegomościa w same Trzy Króle i na pocztę w miasteczku do noszenia listów przystał, żeby sobie na kożuch zarobić.
Wtedy to poznałam go jakoś...
Dziwne wrażenie robił ten biegnący przez pola wśród śnieżnej zamieci człowiek, z głową obwiązaną spłowiałym szmatem, z nogami owiniętymi słomą, w przewiązanym chustką chałacie płóciennym, którego poły rozwiewał wiatr mroźny, ukazując wyłażące z dziur kolana sine. Z boku wisiała na nim płócienna torba, a cienkie długie ramiona zdawały się go unosić nad ziemią, puszczone w ruch jak skrzydła. Pomimo wielkiego pośpiechu, z jakim wykonywał swoje poselstwa, zatrzymywał się przed każdym krzyżem, klękał na śniegu lub na grudzie gołej, a wąskie, zbielałe jego wargi poruszały się szeptem modlitw i pacierzy.
Do nas ściągał zwykle na noc, wiedział, że dostanie kolację i kąt do spania w stajni lub w oborze.
["Ksawery"]
Boso
Od kwietnia wszyscy chodzili do szkoły boso. Że zimna były jeszcze znaczne, ba, szron od rana biały, każdy batuchał się jak mógł, a to matczyną chustką, tą "na porywkę", a to szarym spencerem, albo kamizelką ojcową, ale żeby buty wzuć, nikt nie myślał nawet. Buty zdejmowały się "na prymalisa", a kto by je na powrót z kołka z górki ściągał, kpem się ostawał na calutkie lato, aż het do Wszystkich Świętych. Ale nie okazało się takiego pomiędzy nami.
["Ze szkoły"]
Czerwieńce
Chodziły tu Niemce…
Chodziły odmieńce:
"Sprzedaj, chłopie, rolę,
Będziesz miał czerwieńce!"
["Chodziły tu Niemce"]
Ćwiczenie
Stojąc tak u szczytu stołu, wprost amfiteatralnie ustawionych pod przeciwległą ścianą ław panów przysięgłych, miał pan prokurator po prawej ręce stołki i pulpity obrońców, a po lewej świetne mundury prezesa i asysty jego. Prezes był zagłębiony w swoim fotelu, głowę miał lekko na pierś skłonioną, ręce na poręczach oparte; z lewej i z prawej jego strony siedziało po dwóch jeszcze panów, z których jeden przeglądał papiery, a drugi bawił się wkładaniem w oko monokla i wyrzucaniem go małym, niemalże niewidzialnym ruchem nosa.
["Z włamaniem"]
Duma
Maria Konopnicka, fot. Foka / Forum
Wracam ja się z tym ode drzwi raz jeszcze, a matka:
– Idź już, idź, córko! A proś znowu, żeby ci tam co z obiadu dali!
Jakby we mnie warem lunął! Już mnie i ta chęć odeszła zaraz. To mnie matka, proszę pani, tak mogła sądzić, że ja bym, ja, proszę pani, o resztki z obiadu prosiła?... To matce nie przyszło do głowy, że ten kawałek pieczeni, com go tamtego dnia przyniosła, to był mój, z mego talerza schowany, zarobiony szyciem. To myślała, że wyproszony, wyżebrany, i tak go spokojnie z tym wstydem moim razem jadła?... Jeszcze chwaliła?... Zatrzasłam drzwi, żeby już słowa nie rzec, i tylkom się na schodach sparła i jęknęła głośno. Bo tak mi było, jakby mnie kto biczem przez twarz uderzył. Sama już nie wiem, jakem do tego szycia zaszła, jakem ten dzień przesiedziała nad igłą, ale że ta dalekość znów zaczęła między matką a mną jak mgła rość, rość... i tak mnie od niej grodzić jakby murem! Powoli, ze zwieszoną głową do domu szłam, a prawdę mam rzec, to wolałabym wcale nie wracać, tylko przesiedzieć gdzie ten wieczór, nad Wisłą gdzie, w pustce, żeby mnie nikt nie widział i żebym słowa nie potrzebowała przemówić. Ale żem kupiła dla matki trochę salcesonu, bo po tej rannej mowie nawet z własnego talerza wstydziłam się schować, więc musiałam wrócić.
["Panna Florentyna"]
Estyma
Była tam pomiędzy nimi jedna – nazwiska jej przypomnieć już sobie nie mogę – która miała różę w nodze, odnawiającą się ciągle, i która, z małymi przerwami, siedziała w więzieniu od lat bardzo dawnych. Kiedy ją wypuszczano po raz ostatni, obejrzała się na prawo, obejrzała się na lewo, a potem prosto poszła do Świętokrzyskiego kościoła i ściągnęła obrus z ołtarza.
– Nie z biedy, proszę pani! Niech mnie tak Bóg da zdrowie, jak miałam jeszcze całe cztery złote w kieszeni!
– I cóż wam z tego przyszło? – pytałam baby.
– A ot co? – baba na to. – Musieli mnie wziąć. A co ja inszego będę na świecie robiła? Ni ja męża, ni ja dziecka, człowiek sam jeden, jak ten palec... A to już dwadzieścia siedm lat tu siedzę. I człowiek przywykł, i człowieka znają, i kąt ma swój, i poszanowanie...
["Za kratą"]
Fakt
Szczęścia nie ma na tym świecie. Są tylko większe i mniejsze smutki i troski, a spokój – to już wysokie bardzo dobro.
Frajda
"Nasza szkapa", fragment okładki, 1945, fot. Polona.pl
Zaraz po Wielkiejnocy zaczynało się pławienie szkapy. Jeszcze woda zimna była jak lód, a my już zawijamy porcięta i dalej do rzeki. Jaki to był tryumfalny pochód! Chłopaki z ulicy chcieli z nami lecieć, aleśmy ich odpędzali biczem.
Dopieroż szkapę wodą chlustać, dopieroż jej pęciny i boki wycierać, dopieroż jej wygwizdywać, jakeśmy to u ojca słyszeli. Największa bieda była, kiedy szkapa dla uwolnienia się od nas i naszej opieki parę kroków w wodę dalej poszła.
– Utopi się! Utopi! – wrzeszczał Piotruś i aż siniał i przysiadał na ziemię, obu się rękami brzucha własnego trzymając. Brnęliśmy tedy po nią i za ogon ku brzegowi ciągnęli, po czym, zziajani, zmęczeni, wracaliśmy do domu, szkapa naprzód, my za nią, mokrzy, ociekający wodą, jak topielcy.
I tę to naszą kochaną szkapę ojciec by sprzedać miał?
Było to w naszym rozumieniu coś, jakby skończenie świata.
["Nasza szkapa"]
Godność
Stał Grek młodzieńczy, ukrywszy twarz w dłonie,
I płakał. Biada, kto płacze w niewoli!
Łza, jak rdza, męską moc ducha przejada...
Kto w więzach słabnie, jest godzien swej doli...
Rozpaczającym niewolnikom – biada!
["Sclavus saltans"]
Honor
Po obiedzie nie wrócił do warsztatu i fajki nie nakładał, tylko sapiąc, po izbie chodził. Malec także do lekcji się nie brał, ale patrzył na dziadka zalęknionym wzrokiem. Nigdy go jeszcze tak gniewnym nie widział.
– Słuchaj ty! – przemówił wreszcie, stając przed chłopcem, Mendel. – Jak ja ciebie małego sierotę wziął i chował, i za niańkę także był, i piastował ciebie, nu, to nie na to ja ciebie chował i nie na to ciebie piastował, co by ty głupi był! I jak ja ciebie uczyć dał, jak ja ciebie do szkoły posyłał, jak ja tobie książki kupował, to też nie na to, co by ty głupi był! A ty ze wszystkim głupi rośniesz, i nie ma u ciebie żadnej mądrości! Jakby u ciebie mądrość była, to by ty tego nie wstydził się, nie płakał, nie uciekał, że kto na ciebie "Żyd" krzyknie. A jak ty tego płaczesz, jak ty uciekasz i jeszcze taką piękną nową czapkę gubisz, co pięć złotych bez sześciu groszy kosztuje gotowymi pieniędzmi, nu, to ty ze wszystkim głupi jesteś, a te szkoły, te książki, te nauki, to wszystko na nic!
Odsapnął i znów mówić zaczął:
– Nu, co to jest Żyd? Nu, jaki ty Żyd? – mówił już łagodniejszym głosem. – Ty się w to miasto urodził, toś ty nie obcy, toś swój, tutejszy, to ty prawo masz kochać to miasto, póki ty uczciwie żyjesz. Ty się wstydzić nie masz, żeś Żyd. Jak ty się wstydzisz, żeś ty Żyd, jak ty się sam za podłego masz, dlatego żeś Żyd, nu, to jak ty możesz jakie dobro zrobić dla to miasto, gdzie ty się urodził, jak ty jego kochać możesz?… Nu?…
Zachłysnął się i znów przed chłopakiem stanął. Tym razem jednak patrzył na jego zlęknioną twarzyczkę z jakimś rozrzewnieniem. Położył mu na głowie rękę i rzekł z naciskiem:
– Uczciwym Żydem być jest piękna rzecz! To pamiętaj sobie! A teraz się ucz, żeby ty głupim nie był, a czapkę to ja tobie inszą kupię, to ty nie potrzebujesz płakać, bo to głupstwo jest!
Malec pocałował w rękę dziada i wziął się do książek. Stary introligator bardziej jednak był poruszony tą sprawą, niż to chciał dziecku okazać. Długo bowiem po izbie chodził, nie kończąc pilnej, zaczętej roboty, i spluwając po kątach, jakby się goryczą jaką nakarmił.
["Mendel Gdański"]
Istota
Portret Marii Konopnickiej pędzla Marii Dulębianki, fot. Wikimedia Commons
Właściwie cała nawet obrona moja jest rzeczą niepotrzebną, zbyteczną. Oskarżeni nie zapierają istoty czynu. Tak jest, Wysoki Sądzie! Zjedli oni trzy krajanki sera i cały funt masła. Może nawet więcej niż cały funt masła, jak utrzymuje strona poszkodowana. Może! Takim hultajom apetyt służy zazwyczaj wybornie.
Zamilkł, przerzucił głowę na drugie ramię, a wzrok jego padł na złoty łańcuch prezydującego.
– Ja, na przykład – mówił dalej – masła nie jadam wcale; sprawia mi ono gorycz w ustach i palenie w dołku, podobnie jak i wszelkie inne tłuszcze. Wszelako skłonny jestem wierzyć, iż takie zdrowe, takie chłopskie, prawdziwą zazdrość budzące żołądki mogły strawić funt masła cały albo więcej nieco.
Co jest wszakże rzeczą ciekawą i zastanowienia godną – dodał rzuciwszy głową jak bilardową kulą na przeciwne ramię – to to, w jaki sposób masło owo spożytym zostało: z chlebem czy bez chleba? A jeśli z chlebem, to skąd oskarżeni chleb ów mieli? Bo to, że nie dostali go w chałupie od matki, jest więcej niż pewnym.
["Z włamaniem"]
Jazda
A wtem Napoleon
Na Polaków skinął:
Skoczył Kozietulski,
W czwórki jazdę zwinął.
Na wiarusów czele
Jak piorun się rzucił,
Wziął pierwszą baterię,
Ale już nie wrócił.
["Wąwóz Somosierry"]
Kolędnicy
Rozległy się nareszcie po schodach ciężkie kroki, i brzęki łańcucha, a do stołowego pokoju weszli aktorzy, poprzedzeni przez straszliwie czarnego, z wywieszonym aż na piersi, czerwonym, sukiennym językiem diabła, który się skłonił i rzekł piekielnym basem:
– Niech będzie pochwalony!
["Urbanowa"]
Ludzie
Stary Żyd błysnął oczami raz i drugi, zachłysnął się i, unosząc brodę, spytał:
– Nu, z przeproszeniem pana dobrodzieja, kto to powiadał, co Żydów mają bić? Ja się przy to dziecko pytać nie chciał, żeby go broń Boże nie przestraszyć, bo to bardzo delikatne dziecko jest, ale teraz, to ja się pana dobrodzieja o to bez urazy spytam...
Uśmiechał się pochlebnie, ujmująco, siwe jego oczy patrzyły z przymileniem.
Zegarmistrz, zbity nieco z tropu poprzednimi wywodami Żyda, natychmiast uczuł swoją przewagę.
– Powiadają... – bąknął niedbale, wydymając wargi.
– Nu, kto powiada? – pytał Żyd, a oczy już z aksamitnych stawały się ostre, kłujące.
– Ludzie powiadają... – bąknął tym samym tonem zegarmistrz.
Stary Żyd odskoczył nagle na dwa kroki, ze zwinnością, której by się nikt w nim nie domyślał. Wzrok jego pałał, wargi parskały, głowę postawił jak kozioł.
– Ludzie?... Ludzie powiadają? – pytał głosem syczącym, w coraz wyższe wpadającym tony. – Ludzie?...
I za każdym wymówionym wyrazem pochylał się coraz bardziej naprzód, przysiadał niemal.
Zegarmistrz patrzył obojętnie, bawiąc się dewizką i kiwając nogą w trzewiku. Uważał jednak, że ta postawa Żyda jest wobec niego niewłaściwa i śmieszna.
– Cóż to pana tak dziwi? – zapytał chłodno.
Ale stary introligator już się uspokoił. Rozpatrywał się, ręce wparł w biodra, brodę wyrzucił do góry, oczy zmrużył.
– Pan dobrodziej się myli – rzekł. – Ludzie tego nie powiadają. To powiada wódka, to powiada szynk, to powiada złość i głupota, to powiada zły wiatr, co wieje.
["Mendel Gdański"]
Łokieć
Matka umarła w nocy tak cicho, że nikt nie słyszał nawet.
Piotruś przy niej tej nocy spał, a i on nie słyszał. Wyszła z niej duszyczka, jak para; ani się tyle nie załomotała, co wróbel, kiedy odlata.
Więc, kiedy ojciec, oderwawszy głowę od jej wyschłych piersi, krzyknął, że matka nie żyje, stanęliśmy przed łóżkiem w wielkim zadziwieniu, patrząc na posiniałe usta, to na Piotrusia, który przy jej zimnych, sztywnie wyciągniętych nogach spał ciepły, rumiany, perlistym potem na czołku okryty... Taki ci pędrak, że go śmierć łokciem trąciła, a on nic.
["Nasza szkapa"]
Mickiewicz
Aleksander Puszkin i jego przyjaciele słuchają Adama Mickiewicza w salonie księżnej Zinaidy Wołkońskiej, 1899-1907, obraz ze zbiorów Muzeum Aleksandra Puszkina w Petersburgu, artysta Grigori Grigoryevich Myasoedov, fot. Getty Images
Na tej to potędze, na tej mocy zbiorowego czucia stoi wszelkie prawdziwe narodowe dzieło. Poetyckie – także.
Z niej wyrasta, na niej się opiera, nią karmi się i trawi zarazem duch wieszcza narodowego, tak że sam wreszcie staje się płodną glebą, na której chleb życia rośnie dla całych pokoleń. Potęga zbiorowego czucia jest tedy pierwszym i naczelnym atrybutem narodowego poety. Przez nią to ogarnia on duchem tak ogromne przestrzenie życia, iż zdaje się szybować wprost w nieskończoności. Widzą go nad sobą dziady, i ojce też widzą; a gdy przyjdą synowie i dalekie wnuki, i ci go nad sobą zobaczą.
Takim to narodowym poetą i wieszczem jest dla nas Adam Mickiewicz. A tę potęgę swoją i to swoje stanowisko znał on sam i sam zaświadczył z nadludzką prawie jasnością i siłą.
["Mickiewicz – jego życie i duch", w: Maria Konopnicka, "Pisma krytycznoliterackie", Warszawa 1988]
Moc
Tylko miłość jest siłą, co złagodzić może ból świata.
Nędza
Teraz dopiero można się przypatrzeć jego kolanom, tak ku przodowi wygiętym, że cała postać przysiadać się zdaje, teraz można widzieć jego wykręcone, ciężkie stopy i jasnokościste łokcie. Najzabawniejsze wszakże wrażenie robi szyja starego. Jest ona tak cienka, że zdaje się, biczem przetrząsnąć by ją można. W ogóle czyni ona starego podobnym do oskubanego ptaka; a to tym bardziej, że nie podparta sztywnym fontaziem głowa wydaje się przy tej cienkiej, zwiędłej szyi niepomiernie wielka i ciężka. Opada to na jedną, to na drugą głęboko zaklęsłą jamę obojczyka.
["Miłosierdzie gminy"]
Orzeszkowa
Orzeszkowa nie jest dyletantką w powieściopisarstwie. Jej książki mają wagę społecznego czynu. I niezawodną jest to prawdą, że więcej jeszcze trzeba było siły serca, aby je napisać, niżeli siły pióra. Pod tym względem jej stanowisko w literaturze jest całkiem wyjątkowe. Jej słowo jest słowem trybuna. Wstępuje ona na mównicę nie po to, aby olśnić słuchaczy, ale po to, aby ich wstrząsnąć, nie poklasku żąda, ale współmyślenia z sobą i współczucia. Stąd powieści i nowele Orzeszkowej nie należą do tych, którymi by się "bawić" można; owszem, czytanie ich jest poważną pracą myśli, a pierwszym wrażeniem, jakie się z czytania tego otrzymuje, nie jest bynajmniej rokosz artystyczna, ale jakby pogłębienie serca i przyrost horyzontów społecznych.
["O postaciach ludowych Elizy Orzeszkowej", w: Maria Konopnicka, "Pisma krytycznoliterackie", Warszawa 1988]
Pewnik
Poezja najpiękniejsza jeszcze prawdą nie jest.
Prus
Nędza, ciemnota, niedola nie ma dla niego tajemnic. Co większa, zna on bogactwa nędzy, błyski ducha w ciemnocie i uśmiechy samej niedoli. Jest on malarzem realistą, który się nie przeniewierza nigdy arcywzorowi swojemu – życiu. Bystro w niego wpatrzony a obdarowany subtelnym zmysłem piękna, wyczerpuje on z każdej sytuacji, z każdego opisu całą poezją rzeczywistości, tę jedyną poezją, która po sobie ckliwego nie pozostawia smaku.
[…] Czytając te drobne a pełne treści opowiadania, czujesz, że to jest toż samo powszednie życie, na jakie po wielekroć patrzałeś własnymi oczyma; żadna wybujałość fantastyczna stosunków jego w dziwaczny nie pomięszała sposób, żaden obcy logice jego pierwiastek wprowadzonym nie został; i ludzie, i rzeczy nieobce ci wcale; tylko że to wszystko jakby inaczej jakoś oświetlone. Otóż właśnie to nowe a wskroś poetyczne oświetlenie powszednich widnokręgów życia jest piękną i wybitną właściwością talentu autora naszego.
["Pierwsze opowiadania Bolesław Prusa", w: Maria Konopnicka, "Pisma krytycznoliterackie", Warszawa 1988]
Ruble
Tak potem, jak przyszła ta sprawa, prowadzą mnie do sądu. Patrzę ja, aż tu rzeczy precz porozkładane, a w sądzie pani i panna takie śliczne, jak te anioły z nieba, aż płaczą, tak proszą za mną. Panie sędzio, panie dobry! patrz pan, jaka ona młoda! poprawi się jeszcze, wypuśćcie ją, może głodna była, może z biedy... My już i tak mamy, co nasze, odpuśćcie jej, chociaż jej tylko! Tak już te panie proszą, tak się modlą, aż mi się serce kraje! A sędzia nie i nie.
Aż tu znów starsza mówi: "Panie sędzio! Tam w biurku u mnie leżało trzydzieści tysięcy rubli, a przecież ich nie wzięła". – Jak ja to usłyszę, proszę pani, jakby we mnie piorun trzasł! To ty, głupia, myślę sobie, za gałgany chwytałaś, a nie zajrzałaś, co było w biurku. Myślałam, że trupem padnę…
["Za kratą"]
Sienkiewicz
Albo się więc bardzo mylę i ogół nasz zdrowszym, niźli jest, być sądzę, albo też w sam rdzeń rzeczy trafiam mniemając, że Sienkiewicz stał się dla doby swojej tym, czego ta doba najpilniej potrzebowała, że ostatnie powieści jego sądzić należy z wcale innego punktu niż ten, na którym krytyka literacka stawać zwykła, że świeżo wygłaszanych teorii estetycznych o przestarzałości historycznego romansu stosować do nich bynajmniej nie należy i że płytkością jest sąd swój o tym pisarzu zbywać aż do znudzenia powtarzaną zwrotką o podobieństwie bohaterów ostatnich jego powieści z "Muszkieterami" Dumasa.
Ponad literacki sąd bowiem i ponad wszelkie teorie, w analitycznych urodzone mózgach, wyższy jest wzgląd żywego oddziaływania i twórczego wpływu. Bo on wydaje kwiat i owoc tam, gdzie wszelka mądrość akademicka do szkoły chodzić musi – w życiu; a wtedy gdy mądrość ta, dziesięć razy nicowana, do ostatniej wydrze się nitki, po dziele ducha i piękna zostaje ślad światła i ruchu.
["Powieści historyczne Henryka Sienkiewicza", w: Maria Konopnicka, "Pisma krytycznoliterackie", Warszawa 1988]
Ściema
Istotnie, wyglądał on jak epileptyk w napadzie tężca.
["Obrazki więzienne" – "III. Onufer"]
Trzaska
Kiedym poznał Wojciecha Zapałę, był on już dobrze posunięty w lata, wyschły jak trzaska, pożółkły jako liść jesienny, a taką przez łeb miał szramę, że choć czwórką po niej zawracaj.
[Wojciech Zapała]
Umieranie
Ta nieruchomość i to milczenie starego introligatora niecierpliwiły studenta.
– Panie Mendel! – burknął wreszcie – wyleźże pan już raz z tego kąta! Bosiny [żałobę] pan odprawiasz, czy co u licha? Trochę gorączki i nic więcej. Chłopak za tydzień jaki do szkoły pójdzie, byle się trochę tylko skóra zrosła. A pan tak na marze zasiadł, jakby co panu umarło.
Stary Żyd milczał.
Po chwili dopiero podniósł głowę i odezwał się głosem namiętnie drgającym:
– Pan się pyta, czy ja na bosiny siedzę? Nu, ja siedzę na bosiny! Ja popiół na głowę mam i wór gruby na głowie mam, i na popiele ja siedzę, i nogi bose mam, i pokutę wielką mam, i wielką boleść mam, i wielką gorzkość...
Zamilkł i twarz znowu w ręce ukrył. Mała zielona lampka dawała jego siwej głowie jakieś szczególne widmowe niemal oświetlenie. Malec jęknął raz i drugi i znów zaległo milczenie.
A wtedy wśród tej ciszy podniósł Mendel Gdański raz jeszcze głowę i rzekł:
– Pan powiada, co u mnie nic nie umarło? Nu, u mnie umarło to, z czym ja się urodził, z czym ja sześćdziesiąt i siedem lat żył, z czym ja umierać myślał... Nu, u mnie umarło serce do tego miasto!
["Mendel Gdański"]
Wiara
Ha, w imię Ojca i Syna i Ducha...
Zrobiłem święty krzyż: Płynąć, to płynąć!
Człowiek nie plewa, wiatr go nie wydmucha;
Katolik przecie, Bóg nie da mu zginąć!
["Pan Balcer w Brazylii"]
Zapewnienie
Czy to bajka, czy nie bajka
Mówcie sobie, co tam chcecie
A ja przecież wam powiadam
Krasnoludki są na świecie!
["O krasnoludkach i sierotce Marysi"]
Ziarno
W książkach zbieramy tylko rozkwitłe kwiaty ziaren kiełkujących w nas samych.
Źle
– I takeście do Lwowa przywędrowali?
– A gdzie by ja tam do Lwowa, proszę łaski pani! Abo mnie to Lwów co da, abo i pomoże? To tam młodym dobrze ubiegać po świecie i pod wiater dmuchać, ale nie na moje lata! Ino, że tu dzieci mam, niby córkę, co za goździarzem we fabryce je... A jakże! To jak mnie ta święta ziemia zaczęła do siebie wołać, takem do nich na śmierć ściągła. Zawszeć to u swoich lżejsze umieranie. Nie daj Boże ciężkiego konania, to choć słomy na izbie rozścielą i tej duszyczce z grzesznego ciała wyjść dospomogą.
– I dobrze wam u dzieci?
– A cóż? Dobrze. Staremu wszędzie dobrze, bo już od złego nie ubiega. Ino, że mi się tak nie wyszykowało, jakem sobie umyśliła.
– I z czemże wam się tak nie wyszykowało?
– Ano, niby z tem umieraniem, proszę łaski pani. Tu na śmierć do dzieci ściągłam, a tu precz żyję, taj żyję. Pecherzynka się, ot, taka widzi, co to dmuchnąć i tyla, a tu takie twarde życie we mnie, co niech ręka boska broni!
["Banasiowa"]
Życiorys
Dworek w Żarnowcu, w którym od 1903 roku mieszkały Konopnicka i Dulębianka, fot. Wikimedia Commons
Widzę ja, że taki miłosierny, ludzki pan, tak buch jemu do nóg. "Panie! – mówię – wielmożny panie, wielmożny komisarzu! A skądże ja tyle pieniędzy wezmę? Skądże ja to sierota, opłacę? Wielmożny panie! – powiadam – niech ino wielmożny pan spojrzy po mnie! Toć to wiór suchy, kostki struchlałe, próchno... Ledwo się ten ostatni duch ma po czem kołatać. A toć ja nie zastępuję nikomu nijakiego placu na świecie... Na garsteczce słomy pod piecem legam, wody kapkę wypiję, jak ten wróbel skubnę tej strawy... powietrza też nie ukrzywdzę, bo ledwie dech złapać mogę, ani słonyszka tego, bo w suterynach siedzę, to tam go i nie ujrzyć nawet... Ja wiem, wielmożny komisarzu, że już mi dawno czas na umieranie! A co zrobić, kiedy takie twarde życie mam w sobie! Niech mi już ta wielmożny pan odpuści! Daruje! A toć ja sama tej śmierci wyglądam a wyglądam, co dnia, co godziny... Jużem ci ja ten pobyt zapłaciła Panu Jezusowi, na chwałę Jego Przenajświętszą. Trzynaścioro dzieci miałam, pochowałam siedmiorgo, jak tych kwiatuszków bieluśkich, dwóch mi synów w rekruta wzięli, żołnierzyków takich młodziuśkich, że to krew z mlekiem... jeden mi chłopak w rzece utonął, jedna córka do miasta uciekła, jeden najmłodszy spalił mi się na strychu śpiący, jako ten wróbel pod strzechą... Toż ta Pan Bóg Przenajświętszy już ze mnie wybrał ten pobyt i rodzeniem, i żałością, i pracą ciężką, i głodem, i krwawym płaczem, i onymi mogiłkami ze żółtego piasku…".
Zamilkła, a po jej wyschłej twarzy leciały wielkie łzy, w jasności słonecznej złote, jedna drugą strącając. Zapadłe wargi drżały niedomówionymi słowy, a stara głowa trzęsła się bezmocnie... Zaprawdę, Bóg wybrał już z tej istoty ludzkiej opłatę za "pobyt" do ostatniego szeląga.
– I cóż? – spytałam z cicha, gdy się uspokoiła nieco.
– A cóż! Musiałam zapłacić. Pięć papierków, pani moja, jak lodu. A jakże! Jeszcze mi Pietr pół papiera ze swoich dał. Co było na pochów, poszło... Niech im ta Pan Bóg Przenajświętszy nie pamięta! A to i oni, chudziątka niewinni, ino, że takie prawo je... niby przykaz taki...["Banasiowa"]