"Muzeum antropocenu" to twój performans z 2022 roku, ale też tytuł szerszego projektu, którego "null & void" jest kontynuacją.
Tak, jego częścią jest też "Down to the Bone", działanie performatywne “Den/Nora” oraz koncert “BITE”. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się zająć kwestią przemysłowej produkcji mięsa.
Na instagramie prowadzisz rodzaj cyfrowego archiwum "Muzeum antropocenu". Jakie znaczenie ma dla twojej pracy archiwizowanie? Jako narzędzie i jako medium.
Zależy mi, żeby wszystkie istoty ludzkie i nie-ludzkie, z którymi współmyślałam i współtworzyłam były w takim archiwum obecne. Z racji popularności mediów społecznościowych powstało instagramowe konto "Muzeum antropocenu" [museum.anthropocene na Instagramie – red.], najpierw prowadzone razem z dwiema osobami, od jakiegoś czasu tylko przeze mnie. Dla mnie ciekawe jest jednak inne archiwum – to, co zostaje w ciele po każdej pracy. Szczególnie w tych performansach, w których dużo odnosiłam się do ciała nie-ludzkiego i pracowałam z głosem. Ciekawe jest dla mnie to, jak bardzo to mnie przenika i jak potem przenoszę materiał z jednego performansu do kolejnej i kolejnej pracy. Kiedy zaczynałam pracę nad "null & void" i weszłam do studia, bardzo silnie wracały do mnie obrazy i odczucia z pracy “Muzeum Antropocenu. Diorama Nr1 – Duchy i Potwory”. Teraz, kiedy miałam wznowienie "Muzeum antropocenu", niesamowite było z kolei to, jak bardzo obecne było we mnie "null & void". Te doświadczenia są ulokowane w tkankach i jednocześnie zaczynają się dziwnie zazębiać. To rodzaj żywego archiwum – ja się zmieniam przez te prace, a te prace przeze mnie. Kontekst polityczny też się zmienia, więc to wszystko jest ciągle w ruchu.
Jak twoim zdaniem można zapisywać tego rodzaju archiwa? Czy w ogóle da się dokonać takiego przekładu cielesnego doświadczenia?
Nie mam na to dobrej odpowiedzi. Zastanawiam się, co zrobić z jakościami takimi jak zanikanie, blaknięcie. Jak można taki proces zarchiwizować? Czy archiwa, które klasyfikują i numerują sprawdzają się w takich przypadkach? Wydaje mi się, że one łapią pewien moment, ale tutaj nie chodzi o moment – chodzi o proces. Być może muzeum jako miejsce przechowywania i archiwizowania jest czymś, co towarzyszy. Archiwum jako towarzyszenie, a nie kolekcjonowanie w jednym miejscu. Ale to ciągle pozostaje dla mnie w granicach spekulacji. Myślę, że ciekawie byłoby zobaczyć, co by się stało, gdybym przekazała swoją pracę innemu ciału. Jaki inny język można by wypracować, by wspomóc przekazywanie materiału.
Powiedziałaś o choreografii jako relacji ciała, ruchu, czasu i przestrzeni. Chciałabym zapytać o przestrzeń w kontekście prezentacji w Santarcangelo. To specyficzny festiwal, bo dysponuje jedną typowo teatralną przestrzenią, a reszta scen, jak wiesz, jest aranżowana każdego roku na nowo. Jak wyglądał proces adaptacji przestrzennej "null & void"?
"null & void" stworzyłam w ramach ubiegłorocznej edycji festiwalu Tanz im August w Berlinie. Razem z jego kuratorem Ricardo Carmoną myśleliśmy o różnych przestrzeniach. Zakochaliśmy się w budynku teatru anatomicznego w Berlinie, ale osoby, które nim zarządzają, zażyczyły sobie jakąś ogromną sumę za jej wynajem. Zapadła decyzja, że praca powstanie w black boxie w Hebbel am Ufer [berlińskie centrum sztuk performatywnych – red.]. Początkowo byłam totalnie na nie, bo black box jest dla mnie tak bardzo wymęczoną przestrzenią. Ale pomyślałam, że skoro ma być black box to warto skorzystać z całego aparatu teatralnego, który pozwoli na zbudowanie innego rodzaju afektu, od czego trochę wcześniej uciekałam. Kiedy zadzwonił do mnie Tomek [Tomasz Kireńczuk – dyrektor artystyczny Santarcangelo Festival – red.], zaproponował, żeby pokazać "null & void" na zewnątrz – godzina 22:00, gwiazdy, światło księżyca i tak dalej… Niestety ze względów organizacyjnych to nie wyszło i ostatecznie pokazuję "null & void" w przestrzeni teatralnej, z czego ogromnie cieszy się Annegret Schalke, która stworzyła niesamowite światła do tego performansu.