Na przykładzie nieradzącego sobie z cieniem przebrzmiałej sławy dawnego idola rocka i pasożytującej na nim medialno-intelektualnej świty pisarz bezwzględnie rozprawia się z niemocą ludzi zagubionych w realiach współczesności.
Jak przystało na potomka Polki i Węgra, Krzysztof Varga uprawia płodozmian, sprawiedliwie obdzielając swoim zainteresowaniem oba narody. Zbiory esejów "Gulasz z turula" (2008) i "Czardasz z mangalicą" (2014) poświęcił obrachunkom z rzeczywistością dzisiejszych Węgier. Z książki na książkę wzrasta też jego demaskatorska pasja i godna felietonisty wysoka temperatura ocen.
W powieści "Trociny" (2012) jego bohater był człowiekiem czynu – jeśli można tak nazwać aktywność korporacyjnego przeciętniaka. W "Masakrze" jest to osobnik od dawna pozbawiony inicjatywy i instynktu samozachowawczego. Przy tym obaj – i tu tkwi typowy dla Vargi sarkazm – są ludźmi pozbawionymi przyszłości, przegranymi.
Stefana Kołtuna – lidera zespołu Wywłoka, autora przebojów, z którymi młodzież wychodząca ze stanu wojennego utożsamiała swój pokoleniowy bunt – z kojącego snu wyrywa przenikliwe zawodzenie syren, upamiętniających kolejną rocznicę powstania warszawskiego. Spotniały z przerażenia zdaje sobie sprawę, że pił od tygodnia, a teraz zabrakło mu alkoholu, który pozwoliłby złagodzić objawy kaca. Ze zdziwieniem stwierdza, że jego "nieślubna żona” wraz z dwójką ich dzieci opuściła dom.
Jeśli mężczyzna odchodzi do innej, młodszej ma się rozumieć, robi to z bezbrzeżnej swojej bezmyślności, powodowany hormonem bądź impulsem – wytłumaczy mu później Doktor. – Tymczasem kobieta odchodzi przemyślawszy wszystko dogłębnie, sporządziwszy bilans zysków i strat, a więc bilans życia. Nie jest wykluczone, że twoja żona sporządziła taki bilans i wyszło jej, że musi odejść, by ratować swoje życie, a także życie swoich dzieci, bo twojego życia nie ma już sensu ratować.
Zgubienie portfela wraz z kompletem kart płatniczych i dokumentów tożsamości, a także telefonu komórkowego z numerami znajomych, utrudnia Stefanowi zakup stawiających na nogi piw. Z objawami depresji, poczucia niskiej wartości i porażki, próbuje stawić czoła sytuacji. Z Saskiej Kępy chwiejne kroki prowadzą go przez most Poniatowskiego w stronę Nowego Światu i Krakowskiego Przedmieścia, gdzie ma nadzieję spotkać znajomych lub kogoś, kto go wesprze, rozpoznawszy w nim gwiazdę rocka. Z "Masakry" wyłania się ironiczny obraz współczesnej Warszawy, miasta molocha, które jak mitologiczny Kronos pożera własne dzieci. Stefan Kołtun wkracza w kolejne kręgi miejskiego piekła, gdzie prawdziwi i domniemani dobroczyńcy wspomagając artystę starają się przy okazji ugrać coś dla siebie.
Swoją najnowszą opowieść obudował pisarz erudycyjnymi odniesieniami. Obok skojarzeń z klasyką gatunku, jak "Pod wulkanem" Malcolma Lowry'ego czy "Moskwa–Pietuszki" Wieniedikta Jerofiejewa, nie brakuje nawiązań do niemniej znanych tytułów z naszej półki: od "Pętli" Marka Hłaski, przez "Lęki poranne" Stanisława Grochowiaka, do "Pod Mocnym Aniołem" Jerzego Pilcha. Jednak żaden z wcześniejszych utworów nie oddał równie dogłębnie fizjologii "efektu odstawienia", zwanego inaczej "syndromem dnia następnego", jak "Masakra". Powieść Vargi kojarzy się z "Wniebowstąpieniem" Tadeusza Konwickiego, z podobnie zagubionym bohaterem Charonem, który w wyniku ciężkiego urazu głowy traci pamięć i podczas dożynkowej fety odbywa całodobową wędrówkę po onirycznej Warszawie lat sześćdziesiątych XX wieku. W przeciwieństwie do jego przygód Stefan Kołtun ma pełną – choć zakłóconą gigantycznym kacem – świadomość komplikacji swego położenia. Jednak zerwanie z piciem rockman odkłada zawsze, wzorem bohaterów Hłaski czy Jerofiejewa, na następny dzień.
Varga umiejętnie stopniuje napięcie, stykając Stefana z przedstawicielami kolejnych środowiskowych enklaw. W usta Doktora, warszawskiej sławy patomorfologii, specjalisty od samobójców, który kroił samego Leppera, wkłada niepokój o los sztuki traktowanej w kategoriach towaru. Słowem, artystycznej hochsztaplerki przybierającej pozy eksperymentu bądź estetycznego wyzwania.
[Doktor] lubił też teatr, choć raczej ten bardziej klasyczny niż nowoczesny teatr postdramatyczny, szlachetnym obrzydzeniem napawały go bowiem sztuki, gdzie w kulminacyjnym momencie na scenę wbiegały grupy nagich mężczyzn machających fujarami, względnie rozwrzeszczane nagie, grube i stare kobiety. Doktor nie miał najmniejszego pojęcia, jaki miałby być przekaz tego striptizu, czy miało to wzmocnić efekt dramatyczny, czy też być przerywnikiem komicznym. Żadnego uzasadnienia tej gwałtownej, agresywnej nagości nie znajdował.
Autor dostrzega tu samobójczą tendencję, która z czasem przerodziła się w manierę, albo i obsesję współczesnego teatru, szczególnie polskiego. Zapomnianego idola rocka skonfrontuje znienacka z hipsterami wysiadujących w knajpkach przy Placu Zbawiciela. Dla nich z kolei ludzie "warci uwagi to byli jedynie ci, którzy znani stali się dopiero co, gdyż popularność ma w tym mieście wyjątkowo krótki termin przydatności do spożycia" – dłuższa niż sezon, względnie dwa sezony, bywa "źle widziana na mieście".
Idzie bowiem o to, aby rozbłysnąć i szybko zgasnąć, pojawić się i zniknąć, spadając, spalić się w stratosferze. Utrzymywanie się w sławie zbyt długo jest niewybaczalne, ponieważ wciąż nowych gwiazd potrzeba, a nowa gwiazda symbolicznie zrzucić musi z firmamentu starą gwiazdę. Modliszkowatość sławy warszawskiej na tym polega, aby stać się sławnym, a po szybkim skonsumowaniu sławy dać sobie odgryźć głowę. Jeżeli nieczujny sławny człowiek swojej sławy się kurczowo trzyma, natychmiast zostanie znienawidzony i postawiony pod pręgierzem opinii publicznej. Tylko prawdziwy upadek zasługuje na wybaczenie.
Stefan, autor demaskatorskich piosenek, dziś nikomu nieprzydatnych, wydaje się być rzecznikiem wyższych wartości, niedostrzeganych i ignorowanych. Jemu, jak i ludziom z jego otoczenia coraz trudniej przychodzi dostosowywać własne standardy ideowe i estetyczne do tych aktualnie (chwilowo) obowiązujących. Nie tak dawni "rządcy dusz" – niedoceniony Poeta, ironiczny Docent, nawiedzony Prorok, zjadliwy felietonista Wątroba wraz z głównym bohaterem – stanowią jedynie wycofaną z obiegu pseudoelitę narodu. Całkowicie zbędną, bo naród woli całkiem inne igrzyska. Ich symbolicznym ukoronowaniem ma się okazać elektryzująca wszystkich pogłoska o powrocie Wraku. Brawurowy pomysł Vargi staje się trafną, choć gorzką diagnozą stanu naszych umysłów i dusz, z podskórnym kompleksem wiecznej przegranej. Przebijająca z kart "Masakry" nostalgia za latami młodości ustępuje niekiedy dotkliwej krytyce wielce zasłużonych "kościanych dziadków", przegrywających z japiszonami wyścig do kasy. Powieść gwarantuje również niezły wybór ironicznych grymasów Vargi: "Od rzeki szła leciutka bryza niosąca zapach odchodów miasta".
Jest jeszcze wciąż nierozstrzygnięta sprawa kaca, bo walka z nim wydaje się skazana na wieczną porażkę. Równa się jedynie odwlekaniu nieuchronnej agonii. "Masakra" nie pozostawia w tym względzie złudzeń: z kacem fizycznym uporać się niekiedy można, trudniej z tym ulokowanym w duszy, co autora stawia oczywiście w rzędzie pisarzy odpowiedzialnych za słowo.