Wojciech Rusin do komponowania doszedł okrężną drogą. W dzieciństwie nie uczęszczał do szkoły muzycznej. Jako swój najbardziej namacalny związek z muzyką poważną wspomina imponujący fortepian, który stał na werandzie jego rodzinnego domu. Ostatecznie, dla jego artystycznego rozwoju ważniejszy okazał jednak komputer. – W wieku trzynastu lat stałem się szczęśliwym posiadaczem Atari z dosyć prymitywnym sekwenserem – wspomina. – Późnej pojawił się komputer PC z równie prostym programem.
Pomimo wczesnych doświadczeń z muzyką elektroniczną, więcej wskazywało na to, że swoją zawodową przyszłość Rusin zwiąże ze sztukami wizualnymi. Kiedy w 2004 roku przeprowadził się do Wielkiej Brytanii, rozpoczął tam studia graficzne i szybko podjął pracę w zawodzie. – Z tym etatem na stanowisku grafika to była krótka historia – przyznaje twórca. – Agencja w Bristolu, maczystowski klimat, korporacyjne środowisko – jednym słowem nuda.
Po godzinach Rusin tworzył muzykę elektroniczną. Pod pseudonimem Katapulto eksperymentował z formułą popowej piosenki: nakładał efekty na wokal, pisał absurdalne teksty, projektował zwariowane rytmy. W latach 2008-2015 pod tym pseudonimem nagrywał muzykę rozpiętą pomiędzy awangardową poezją dźwiękową ("Animalia"), a piosenkami o parkietowym potencjale ("Powerflex"). Na jednym z jego występów z tego okresu pojawiła się reżyserka teatralna, która otrzymała właśnie grant na wystawienie nowej sztuki i poszukiwała kompozytora. – Pamiętam, że występowałem w nieistniejącym już pubie Junction w Bristolu ze znajomym z Polski, który wyświetlał filmy z projektorów Super 8 – wspomina Rusin. – Jeden projektor zaczął się dymić, co bardzo spodobało się reżyserce. Stare klisze filmowe szybko się zapalają, więc próbowaliśmy opanować sytuację na scenie. Niektórzy widzowie myśleli, że to jest wyreżyserowane.
W ten sposób w karierze Rusina rozpoczął się rozdział teatralny, który zresztą trwa do dzisiaj.
Kompozycja na smyki i hutę żelaza