Kariera Martyny Mai rozwija się w tempie, za którym mogłyby nie nadążyć jej utwory. A przecież DJ-ka i producentka, występująca pod pseudonimem VTSS, przez lata specjalizowała się w prostolinijnym techno, gdzie bit pulsuje z prędkością ponad 120 uderzeń na minutę. Co prawda, w ostatnich latach odrobinę zwolniła, lecz nawet ta stylistyczna wolta nie wybiła jej z rytmu.
Być może to dzięki wyzwaniom i trudnym doświadczeniom zebranym na polskiej scenie muzyki klubowej w pierwszych latach grania. Na podstawie wywiadów, których VTSS udziela nieczęsto, można wywnioskować, że te przeszkody miały dwojakie podłoże. Z jednej strony jej zdaniem za mało było na tej scenie wsparcia, a za dużo oceniania – zwłaszcza, gdy za konsoletą stawała młoda dziewczyna. Maja wspomina, że nieraz słyszała uwagi, że została zaproszona jako DJ-ka, tylko dlatego, że jest czyjąś dziewczyną. W tym wczesnym okresie wyzwaniem był nie tylko obecny na scenie szowinizm, lecz również kwestie finansowe, które przekładały się bezpośrednio na braki sprzętowe. "Scena w Polsce zawsze była niedofinansowana. Większość rzeczy trzeba robić samemu, nieraz chałupniczymi metodami. Musiałam się do tego przyzwyczaić i nadal da się to wyczuć w sposobie mojej pracy oraz produkcji. Gdy zaczynałam tworzyć muzykę w Abletonie, miałam do dyspozycji komputer ze słabą pamięcią RAM, dlatego pewne efekty osiągałam, korzystając z okrężnych ścieżek" – mówiła VTSS Cyrylowi Rozwadowskiemu w wywiadzie dla "K Mag". Tamte doświadczenia procentują jednak do dzisiaj, a wypracowane wówczas metody wciąż wpływają na proces twórczy artystki, nadając czasem zaskakujący, ekscentryczny rys jej muzyce.