“Wszystko na darmo”, reż. Weronika Szczawińska, 2024, fot. Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie
W przedpremierowych wywiadach Szczawińska do opisu świata przedstawianego przez Kempowskiego używała określenia "domowa apokalipsa", odnosząc się do napięcia między wielkimi wydarzeniami historycznymi a ich mikroskładowymi w postaci jednostkowych doświadczeń. Ta domowa katastrofa rozgrywa się w spektaklu w relacji wobec przedmiotów – całość opiera się na pomyśle, by to aktorki i aktorzy musieli dosłownie podtrzymywać przedstawienie. Widzimy więc krzesła bez dwóch nóg i podobnie wybrakowany stół czy regał z podporą tylko z jednej strony. Żeby ta mała rzeczywistość pruskiego dworku mogła funkcjonować, wymaga od ciała nieustannego skupienia, napięcia mięśniowego i odpowiedniego balansu. Tak zakomponowana scenografia autorstwa Marty Szypulskiej ma potencjał, by wzbudzić w oglądających rodzaj lustrzanej reakcji, afektu odczuwalnego w ciele. Aktorki i aktorzy muszą też współpracować, podtrzymywać wspólnie meble, podawać je sobie i wymieniać się, by ten chwiejny, groteskowy świat nie runął. To właśnie z materialno-cielesnej warstwy tej inscenizacji płynie najwięcej emocjonalnego potencjału przedstawienia. Wydaje się bowiem, że olsztyński spektakl nie do końca wykorzystuje dramaturgiczne możliwości, jakie niesie ze sobą proza Kempowskiego. "Wszystko na darmo" w przekładzie Małgorzaty Gralińskiej (pierwszy przekład tego autora na polski opublikowany w 2023 roku przez wydawnictwo ArtRage) ma w sobie coś widmowego i przeszywającego. Choćby przez to, co zauważyła w jednym z wywiadów sama reżyserka, mówiąc, że akcja u Kempowskiego osadzona jest w momencie, w którym bohaterowie jeszcze nie wiedzą, że oto zaraz rozpadnie się wielka niemiecka kultura transmitowana choćby przez powracające cytaty z Goethego czy Schillera – ale wiemy to my jako czytelniczki. Olsztyńskie przedstawienie dla osób niezaznajomionych z literacką kanwą adaptacji może wydać się nużące i jednostajne, a treść brzmieć dość letnio, podczas gdy u Kempowskiego te natrętnie powracające zdania, jak powiedzenie cioteczki: "To wszystko nie takie proste", brzmią jak rzucane mimochodem małe klątwy. Jego proza w ogóle ma bardzo nieoczywisty rytualny charakter, a nawet pewną muzyczność, osiąganą czy to poprzez użycie wspomnianych znaków zapytania, czy poprzez frazę skupioną na tym, co drobne, bliskie. Germanista Hubert Orłowski niezwykle błyskotliwie i trafnie nazwał Kempowskiego "mistrzem przyłapywania życia na tak zwanym gorącym uczynku". W spektaklu Szczawińskiej wśród formalnych rozwiązań inscenizacyjnych gdzieś gubi się dotkliwość języka. Być może ta rezygnacja ze szczególnej pracy z samym tekstem – pracy, która byłaby widoczna dla widowni – ma w tym przypadku swój cel. Kulminacja opowieści o katastrofie realizuje się w spektaklu jako scena wystukiwania przez Petera rytmu na leżącym na boku – już nie podtrzymywanym – stole (w roli syna von Globigów przekonująco zaprezentowała się Zuzanna Wicka z olsztyńskiego Studium Aktorskiego). Rytmowi towarzyszą wypowiadane niemal "na biało" ostatnie zdania powieści. Być może więc chodzi tu bardziej o sam rytm i geometrię w relacji z przedmiotami tworzącymi świat, który trzeba podtrzymywać, a nie o język i dramaturgię zdania.