Snując opowieść o geju zderzającym się z homofobiczną polską prowincją, Ronduda i Gutt nie chcą prowadzić swoich widzów na publicystyczne barykady. Nie oskarżają "zacofanej" wsi, nie atakują Kościoła, ani też nie starają się upiększać postaci reprezentujących mniejszości. Nawet homofobia we "Wszystkich…" nie jest żarliwa i efektowna. To raczej bierność wobec krzywdy i stadny odruch, aniżeli nienawiść. To kołtuństwo, które bohaterowie dziedziczą i którym przesiąkają. Ale Ronduda i Gutt wcale ich za to nie oskarżają, nie wymagają heroizmu, nie oczekują mądrości. Jesteśmy, jacy jesteśmy – zdają się mówić w swoim filmie. I pytają, czy mimo tego możemy żyć obok siebie – we wzajemnym szacunku i zgodzie z samymi sobą. Jednej odpowiedzi nie ma – każdy sam musi jej sobie udzielić.
Jest w filmie Rondudy i Gutta scena, która staje się skrótowym zapisem ich filozofii twórczej. Podczas konferencji prasowej poprzedzającej wystawę jego prac, filmowy Daniel (Dawid Ogrodnik) w milczeniu siedzi za stołem. Podczas gdy dziennikarze kłócą się o to, jak rozumieć i interpretować jego prace, on pogrąża się w ciszy nieskory do tego, by rozstrzygnąć ich spór. Podobną pozycję przyjmują również obaj reżyserzy filmu. Tak jak ich bohater odmawiają udziału w interpretacji swojego dzieła: nie dopowiadają znaczeń, nie potwierdzają domysłów. Zawieszają swoją opowieść w pół słowa, w niedopowiedzeniu, w chwili wątpliwości. Ich obraz jest bowiem aktem artystycznym, a nie publicystycznym. Nie chodzi w nim o debatę, ale o prywatną, szczerą opowieść. Taką, która nie oczekuje aplauzu i poklepywania po plecach. Gutta i Rondudy nie interesuje ideologiczna wojna, ale egzystencjalna prawda artysty szukającego wyrazu dla własnej wrażliwości.