Wizja świata we "Wracać wciąż do domu" pomyślana była (zarówno przez Le Guin, jak i twórców i twórczynie spektaklu) jako niosąca nadzieję utopia. Jako pozytywne, czułe, afirmatywne rozwiązanie stojące w kontraście wobec apokaliptycznych i demonicznych obrazów świata, na jaki skazaliśmy samych siebie swoją ekologiczną ignorancją. Jest jednak w tym obrazie coś niewątpliwie niepokojącego, być może jest to lęk przed powrotem do świata, jaki istniał kiedyś i jakiego nie znamy. Być może jest to niepokój wywołany tajemnicą bliżej nieokreślonego rytuału, do którego niewątpliwie odnosi się Szpecht w swoim niespektakularnym przedstawieniu. Nie o efektowność tu bowiem chodzi, bo jeżeli Szpecht cokolwiek "wystawia" to jest to po prostu idea bycia razem. Idea ta realizuje się w scenicznej instalacji – aktorzy i aktorki (albo raczej performerzy i performerki) funkcjonują we "Wracać wciąż do domu" jako ciała-instrumenty, ciała-głosy, ciała-machiny. Zespalają się w jednej choreografii (nad ruchem czuwał Paweł Sakowicz), by za chwilę wybrzmieć w harmonicznej melodii (muzyka Krzysztofa Kaliskiego), zagrać proste sekwencje dźwięków na instrumentach, m.in. cytrze czy misie tybetańskiej. Scenografię, za którą odpowiedzialny był Michał Korchowiec, tworzy podwójny ekran z projekcją zrealizowanych w wysokiej jakości video z obrazami przyrody: krajobrazami czy zwierzętami w ich naturalnym środowisku (autorem video jest Ryohei Tomita) oraz obiekt-sieć pajęcza przypominająca atrakcję z placu zabaw. Najbardziej efektowne są tu kostiumy (również projektu Korchowca) – wielokolorowe i z błyszczącymi elementami, wyglądające jak spontanicznie i przypadkowo dobierana garderoba przed przebieraną imprezą. Najważniejsze jednak, że wszystkie pracują na wrażenie jedności grupy, ich wspólnej tożsamości. Są też po prostu radosne. Tak jak radosne są momenty, w których aktorzy i aktorki opowiadają o przyszłym świecie przy użyciu tworzonych na żywo malunków na średniej wielkości kawałkach kartonu.
Scena z przedstawienia "Wracać wciąż do domu" w reżyserii Magdy Szpecht, 2020, fot. Natalia Kabanow/TR Warszawa
Ten drobny gest nie jest jakoś specjalnie w spektaklu "ograny" – ot, zwykłe zilustrowanie czegoś, o czym akurat się mówi. Niby zwykłe, ale jednak przywodzące na myśl dobre, proste praktyki – wspólne malowanie, rysowanie komuś czegoś, aby lepiej zrozumiał naszą opowieść. Jest to teatr w sensie filozoficznym "słaby", to znaczy taki, w którym nie ma ani mocnych tez, ani skonsolidowanej i pewnej wizji świata, a człowiek jako podmiot nie jest traktowany jako centralny element, wyrocznia, jedyny punkt odniesienia. To bardzo cenne, jeśli spojrzymy na to, dokąd zaprowadził nas antropocentryzm.