W "Kamieniu…" Wiesław Myśliwski dał epicki obraz przemian zachodzących w życiu kilku pokoleń wiejskiej rodziny Pietruszków. Dzieje tego chłopskiego rodu poznajemy dzięki narracyjnemu talentowi jednego z nich, Szymona Pietruszki, mężczyzny, jak się mawiało, na schwał, rolnika z dziada pradziada, osobnika o godnym podziwu darze słowa. Jakby przemawiały przez niego wieki ludowej mądrości – osadzonej w rytmie pór roku przy codziennych gospodarskich obrządkach – gdzie nieuniknioność ludzkiego losu walczy o lepsze z wątłymi siłami pojedynczego człowieka i jego sprytem w pokonywaniu życiowych trudności.
Już sam tytuł "Kamień na kamieniu" mieni się od znaczeń. W potocznym pojęciu przywołuje obraz katastrofy, efekt apokaliptycznych zniszczeń. Wynik barbarzyńskich poczynań najeźdźcy albo ingerencji mocy wyższych – kataklizmu po przejściu tornada bądź innych zbuntowanych sił natury.
Z drugiej strony jest to wyimek z popularnej pieśni ludowej (posłużył zresztą za motto powieści). Z trzeciej zaś – ewangeliczny motyw zwiastujący grozę nieszczęść przed zjawieniem się Syna Człowieczego na sąd ostateczny: "Gdy Jezus szedł po wyjściu ze świątyni, podeszli do Niego uczniowie, aby Mu pokazać budowle świątyni. Lecz On rzekł do nich: »Widzicie to wszystko? Zaprawdę, powiadam wam, nie zostanie tu kamień na kamieniu, który by nie był zwalony«. (Mt 23, 1-2)".
Odniesienia bohatera do kanonów wiary nie są zresztą w tej powieści bez znaczenia. Nawet zawsze skłonny do wypitki i do bitki Szymek Pietruszka – raczej niepretendujący do pocztu kandydatów na ołtarze – często odwoływał się do wartości Pisma Świętego. Niezależnie bowiem od zmiennych okoliczności dziejowych czy ideowych wyniesiona z domu i kościoła znajomość opowieści biblijnych była w wiejskiej obyczajowości ciągle żywa i respektowana.
Łączyło się to z przekonaniem, że sprawiedliwy Bóg ma wpływ na codzienne życie swoich podopiecznych. Bez względu na ich grzechy czy grzeszki. Dla człowieka oddanego znojnej pracy na roli, wiara nieodmiennie pozostawała pocieszeniem, najważniejszą ostoją moralną i kulturowym fundamentem.
Nie kłóciło się to wcale z mołojecką sławą gospodarskich synów, ani z ich jurnym animuszem, gdy wzorem ojców i dziadów walczyli o najpiękniejsze dziewczyny we wsi – rodzinnej bądź pobliskiej. Do wyobraźni wiejskich chojraków przemawiały jednak bardziej barwne sukienki panien niż te jednolicie czarne zawsze czujnych duchownych, stojących na straży (na ogół bezskutecznie) wstrzemięźliwości płciowej powierzonej im trzódki dorastających wiernych.
Zwłaszcza, że młoda latorośl rodu Pietruszków wyróżniała się nie tylko chwackim wyglądem, ale i odpowiednim zachowaniem. Na wiejskim zabawach wśród wśród płci pięknej zawsze dzierżył prym. Bo miał tzw. gadane.
Ech, ty Zosiu, Krysiu, Wikciu, Jadwisiu, nie napijesz się z Szymkiem? A ja chodzę i chodzę po zabawach za tobą jak za swoim szczęściem. No, i wreszcie trafiłem. A nie kłamiesz? Co mam kłamać? Chodź, nasz taniec grają. A w tańcu i przytulić się już nie broniła. I po hafcie po bluzce z tyłu mogłeś ją pomacać.
Tego typu poczynania nie mogły umknąć uwadze konkurentów, braci czy pociotków dziewczyn. W ruch zazwyczaj szły noże, lecz pod tym względem Szymek nikomu nie pozostawał dłużny, nawet, gdy nacierali w kilku. Zdarzało mu się przez jakiś czas lizać rany, nie mógł więc wówczas dotrzymać ojcu kroku w gospodarskiej krzątaninie.
Gderanie i lamenty domowników ucinał z przytupem: "A jak nawet zabiją, to lepiej wcześniej niż później. Nie ma co się tak trzymać tego życia, matko. Od żniw do żniw i od żniw do żniw, co to za życie?".
Urozmaiceniem, choć niekoniecznie wyczekiwanym, okazała się niedługo potem wojna. Przymusowe dostawy, ucieczka spod luf niemieckiego plutonu egzekucyjnego, w końcu partyzantka: brud, wszy, stopień porucznika – niby o czym tu opowiadać ciekawskim? "Ano, odkąd wrócił, tak myśli i myśli. A co tu darmo myśleć" – wyręczał go w odpowiedzi ojciec. – "Świat jaki był, taki jest, a z myślenia jeszcze więcej chce się myśleć, a mniej robić."
Głodna powojenna rzeczywistość wymusiła na Szymku przymusowe wysiadywanie w domu, w czasie gdy młodszy brat człapał w jego o wiele nań za dużych oficerkach do szkoły. Dzięki zdobycznym nożyczkom, brzytwie, pędzlowi, mydłu do golenia zaczął z nudów strzyc i golić domowników, a niedługo potem całą wieś. I wdawał się w nieustanne spory z ojcem, który nie chciał syna puścić z gospodarki, chociaż on jako ex partyzant upatrzył sobie karierę wojskowego.
Okoliczności zmuszały go jednak do nieustannych korekt życiowych planów. Nie dane mu było zostać żołnierzem, nie zagrzał zbyt długo miejsca jako fryzjer, ani jako urzędnik gminny od ślubów cywilnych, ani jako milicjant. Na przekór zamierzeniom spełnił się w końcu jako chłop, mimo że z takim losem od najmłodszych lat pozostawał w niezgodzie.
"W gospodarstwie […] dzień nie od słońca się zaczyna, a od głodu stworzeń. To dopiero potem słońce wyłazi na niebo, kiedy już zwierzęta mają podawane. Tylko tu się człowiek tak próżniaczy. Ni żyje, ni umiera" – tłumaczył pewnemu adwokatowi, jedynemu pacjentowi z miasta na wieloosobowej sali szpitalnej, na której Szymek jako rekonwalescent długo przychodził do sił po skomplikowanej operacji.
Uległ nieszczęśliwemu wypadkowi, gdy uciekając przed burzą desperacko wtargnął na szosę na furze wyładowanej zbożem, niestety prosto pod sznur rozpędzonych samochodów. Dawniej była to pełna wybojów wiejska droga, którą chłopi przez lata konnymi zaprzęgami zwozili spokojnie do stodół żniwny urobek. Po wyrównaniu i wyasfaltowaniu stała się trasą przelotową, z nikogo nieprzepuszczającymi kierowcami, uciekającymi wzrokiem od polnej, dojazdowej drogi, gdzie wydłużała się kolejka przepełnionych wozów.
Brzemienny w skutkach wypadek stał się dla bohatera ważną życiową lekcją. Unieruchomiony w szpitalnym łóżku mógł się oddać przemyśleniom, na jakie w natłoku codziennych zajęć, trudno mu się było wcześniej zdobyć. Mimo, że po powrocie do domu nigdy już nie odkładał kul, Szymek pozostał wciąż sobą.
Nadal charakterny, otoczył stałą opieką starszego brata, którego bliżej nierozpoznane przeżycia z czasów otoczonej mgłą tajemnicy pracy i zamieszkiwania w mieście uczyniły mężczyzną niepełnosprawnym psychicznie. Podjął się też misji zbudowania okazałego rodzinnego grobowca Pietruszków, co w czasach niedoborów wszystkiego, a materiałów budowlanych w szczególności, było przedsięwzięciem zaiste heroicznym. Sposoby radzenia sobie w trudnych sytuacjach stały się nieustanną, samotnie prowadzoną walką Szymona z absurdami powojennej rzeczywistości.
W jego jednostkowym losie odbijały się wydarzenia, jakimi od końca XIX wieku aż do apogeum peerelu żyła Polska. Może nie ta oficjalna, znana z telewizji czy partyjnych gazet, ale ta swojska, autentyczna, żywa: Polska obywatelska. Opłotkowa? – i cóż z tego.
Książka rasowego pisarza, jakim jest Myśliwski, zawiera ogrom z pozoru mało ważnych, bo nie popychających akcji naprzód, a jakże istotnych szczegółów. Ot, choćby takie banalne stwierdzenie wiejskiej sprzedawczyni: "Jeszcze ci potrafią powiedzieć, że się nie nadajesz na sklepową. A nie ma czegoś w sklepie, to tyś winna, bo w gazetach piszą, że wszystko jest". Inne, równie proste, a genialne spostrzeżenie wyszło z ust niewykształconego ojca bohatera: "będą ci zazdrościć, jakżeby inaczej. Bogatemu zawsze się zazdrości. Ludzie dzielą się na tych, co im się zazdrości i co im zazdroszczą".
Nic jednak nie przebije spostrzeżenia Szymka: "Bo kiedy dziecko płacze, cały świat płacze". To on właśnie, jako kilkuletni pastuszek stanął wobec wyzwania przerastającego siły niejednego dorosłego. Kilka łez bezsilności na widok pokładającej się, rzężącej krowy, pomogło mu szybko przezwyciężyć słabość.
Impuls, bo nie wiedza ani praktyka, nakazały mu chwycić wysuniętą nagle spod ogona krowy główkę i prawidłowo wyciągnąć rodzącego się cielaczka. Tak oto z nieporadnego dziecka stał się nagle człowiekiem dorosłym. Z dumą obnosił nadany mu później przydomek Chrzestny.
W powieści "Kamień na kamieniu" Wiesława Myśliwskiego każdy rozdział, akapit, każde zdanie czy pojedyncze słowo mają swoje uszeregowanie i jak najwłaściwsze znaczenie. Dla miłośników jego prozy zaskakujący może się wydać fragment stanowiący zapowiedź znacznie późniejszej powieści pisarza – "Ucho Igielne":
Cztery wiązki czosnku mnie ten nóż kosztował. Kupiłem go od takiego jednego, co nosił po wsiach igły, nici, agrafki, sabadyl na wszy i inne różności. Ucho Igielne go nazywali, bo mógł cały dzień o tym uchu igielnym opowiadać, kto przeszedł, kto nie przeszedł.
Podobnie magicznych cytatów można wyłowić znacznie więcej, tylko że… należałoby przepisać całą książkę. Pod piórem Myśliwskiego zestawienie kilku może i banalnych obserwacji otwiera z nagła kosmos skojarzeń i odczuć, oznaczających jedno: zachwyt nad światem i zachwyt nad życiem – choćby nawet niekoniecznie doskonałym. Nieczęsta to właściwość – posiedli ją nieliczni pisarze – ci prawdziwie wielcy.