Smarzowski grubą kreską rysuje filmowe światy, nie zostawiając wątpliwości, co do swych autorskich intencji. Celowo upodabnia obie opowiadane przez siebie historie, pokazując, że to, co doprowadziło do mordu w Jedwabnem dokonanego przez Polskich obywateli na swych żydowskich sąsiadach, nie było jedynie mrocznym wypadkiem, ale konsekwencją hołdowania złym narodowym cechom. W "Weselu" owe paralele rażą uproszczeniami – choćby wtedy, gdy miejscowi księża z ambon usprawiedliwiają przemoc wobec Żydów (kiedyś) i mniejszości seksualnych (dzisiaj), umacniając istniejące w społeczności uprzedzenia i niechęci. Nachalność niektórych z reżyserskich podpowiedzi sprawia, że "Wesele" traci swój dramaturgiczny impet. Podczas gdy w większości filmów Smarzowskiego ideologiczne przesłanie stanowiło dodatek do sprawnie opowiedzianej historii, tym razem proporcje zdają się odwracać. "Wesele" staje się przez to filmem słusznym, czasem porażająco mocnym, ale tworzonym pod tezę i będącym raczej ilustracją dla przesłania niż mocną, samodzielną historią.
Nie zmienia to faktu, że Smarzowski wciąż pozostaje sprawnym opowiadaczem, a jego inscenizacyjna biegłość pozwala przymykać oko na serwowane z ekranu intelektualne i socjologiczne uproszczenia. Reżyser "Róży" znów sięga po sprawdzonych aktorów, a ci odwdzięczają się bardzo udanymi kreacjami. Dobry jest Robert Więckiewicz w roli cokolwiek prymitywnego gospodarza weselnej imprezy, a także Michalina Łabacz jako jego córka, czy też Mateusz Więcławek jako młoda wersja dziadka panny młodej. Nowe "Wesele" zdaje też egzamin na poziomie filmowej formy – tak jak w "Wołyniu" sprawdza się zarówno ekspresyjna, wyrazista muzyka Mikołaja Trzaski, jak i zróżnicowane stylistycznie i fakturowo zdjęcia Piotra Sobocińskiego, który historię współczesną stylizuje na opowieść filmowaną telefonem bądź niewielką kamerką, zaś historyczną część opowiada w sposób bardziej tradycyjny.