O tym mówi też początek przedstawienia, kiedy Pawlak i Szczawińska wkraczają na scenę zespoleni w figurze lajkonika (skojarzeń o krakowskiej proweniencji będzie tu zresztą więcej). Po dłuższej chwili hybryda rozłącza się, a aktor i reżyserka zaczynają istnieć w przedstawieniu – cytując jeden z utworów "Ich Troje" – "razem, a jednak osobno". Pawlak jako stand-uper opowiada nie swoją opowieść, a zarazem znajduje w strukturze "spektaklu o raku" rozszczelnienia, w którym może pojawić się z własną historią. Obie narracje – ta medyczna, akcentująca zderzenie osoby z mechanizmami diagnozowania i leczenia oraz ta teatralna, dotycząca napięcia między "prywatną" ekspresją i wrażliwością, a "publicznym" ich (nad)używaniem – to narracje, które pragną przełamać proste opozycje. "ONKO" czytać można jako miękki – bo nie korzystający z radykalnych środków wyrazu i bazujący na dystansie i humorze – manifest przeciwko dwóm dychotomiom o niezwykle silnej pozycji zarówno w kulturowych obrazowaniach, jak i języku, mianowicie: przeciwko dychotomii sukcesu i porażki oraz zdrowia i choroby.
Pierwsza z opozycji staje się tematem w spektaklu przede wszystkim ze względu na kliszę w komunikacji dotyczącej chorób onkologicznych – często mówi się przecież o "walce z rakiem". A skoro mowa o "walce", to musi być w niej przegrana i zwyciężczyni. Mówiąc w ten sposób o chorobie, sugerujemy, że jeżeli ktoś w wyniku nowotworu zmarł, to po prostu zbyt opieszale i niewystarczająco zaciekle walczył. Przegrał. Szczawińska, mówiąc o szkodliwości takiego "militarnego" języka, podważa dynamikę sukcesu i porażki. I tym samym zdejmuje część sprawczości i odpowiedzialności z siebie i innych osób chorujących. Zdanie "nie jestem chora, ale nie jestem też wyleczona", które pada w pewnym momencie w spektaklu, otwiera natomiast refleksję nad wyraźną różnicą między stanem zdrowia i stanem choroby. "ONKO" linię oddzielającą te dwie kondycje przedstawia raczej jako rozmytą, a ich definicje jako niejednoznaczne – słuchamy przecież opowieści osoby, która z jednej strony przeszła operację, a z drugiej stale przyjmuje leki. Gdyby skłonić się ku wspomnianej "militarnej" poetyce, to czy uznalibyśmy Szczawińską za wygraną czy raczej przegraną w swojej "walce"? Czy odniosłaby w ramach takiego języka "sukces"?
Scena z przedstawienia "Onko" w reżyserii Weroniki Szczawińskiej, 2021, fot. Monika Stolarska/TR Warszawa
Innym istotnym tematem obecnym w "ONKO" jest kwestia płci. Mowa jest o raku piersi, ale upłciowiony jest cały – jak nazwała to Szczawińska – "onkobiznes" oferujący kobietom po lub w trakcie chemioterapii fantazyjne nakrycia głowy albo peruki. Wszystko po to, by złagodzić skandal łysej głowy. Łysa głowa staje się "dobrem publicznym" niczym brzuch ciężarnej – obcym osobom wydaje się, że mogą jej dotykać, protekcjonalnie głaskać albo komentować. "Onkobiznes" uwypukla okrutnie sztampowe przekonania dotyczące kobiecości, która – jak mówi Szczawińska – "sprowadzana jest do cycków i kudłów". W świetle tych przekonań kobieta powinna ukrywać oznaki choroby, fabrykować standardowe zewnętrzne atrybuty swojej płci. Kobieta przecież nie może być łysa, a jeśli jest łysa, to na pewno jest chora. A nawet jeśli nie jest chora, to z pewnością ogolona czaszka to u niej wyraz jakiegoś buntu, manifestacja. Bo na pewno nie stoją za tym względy estetyczne lub pragmatyczne. Kwestia płci jest kolejnym obszarem, po którym poruszają się twórcy i twórczynie, by przedstawić chorobę jako sytuację, w której doświadcza się napięcia między tym, co indywidualne i tym, co społeczne.