Pierwsze utwory tomu są zaledwie stylistycznymi wprawkami. Dopiero dalsze mają solidniejszy potencjał merytoryczno-intelektualny. Wszystkie starają się jednak dopasować do tytułowej kategorii – bizarre w języku francuskim znaczy dziwny, zmienny, ale i śmieszny, niezwykły – co nie zawsze im się udaje.
Cóż takiego nadzwyczajnego można odnaleźć w fakcie, że bohater tekstu "Przetwory", niedorosły do życiowych wyzwań nierób po pięćdziesiątce, pasożytujący na emeryturze matki, po jej śmierci szybko do niej dołączy? Bo nadmierna skłonność do alkoholu sprawiła, że zszedł z tego świata na marskość wątroby? Trudno również za szczególnie oryginalny koncept uznać zmiany sklerotyczne u wiekowej pani, nakazujące jej zamarynować w słojach nietypowy prowiant dla syna – na przykład kłąb splątanych sznurówek.
To tylko jeden z wielu równie odlotowych pomysłów autorki. Są one raptem skromnym wstępem do beztroskiej anarchii nowelki typu fantasy, zatytułowanej "Zielone Dzieci". Problem w tym, że w tej akurat dziedzinie, poczynając od "Władcy Pierścieni" J.R.R. Tolkiena, a na cyklu o Harrym Potterze J.K. Rowling kończąc, powstało wystarczająco dużo zaczytywanych dzieł, przy których inwencję Olgi Tokarczuk ogranicza choćby skromny rozmiar jej utworu.
Zanim jednak ceniący sobie zdroworozsądkowe zasady budowania opowieści czytelnik zacznie się zastanawiać nad celowością dalszej lektury, książka zaskoczy go tym właśnie, za czym się stęsknił. Pisarskie eksperymenty z treścią czy formą scalą się z nagła w wielopłaszczyznową narrację pozostałych krótkich próz tomu. Będzie im odtąd towarzyszyć precyzja zaskakujących konstrukcji, o nadspodziewanej mocy oddziaływania.
W książkach Olgi Tokarczuk, choćby w "Biegunach" czy w "Księgach Jakubowych”, żeby ograniczyć się do tych najbardziej uhonorowanych, przenikają się zazwyczaj dwie warstwy: czysto ludzka, egzystencjalna oraz ezoteryczna, jeśli nie magiczna. To podstawa tej prozy i nie inaczej zbudowane jest opowiadanie "Serce". Wybrzmiewa w nim problem tożsamości bohatera, który w Chinach poddał się przeszczepowi życiodajnego organu.
Mężczyzna w sile wieku po takiej operacji zaczął zupełnie inaczej postrzegać rzeczywistość. Dostrzegł nagle wokół siebie wzmożoną intensywność barw. Czyżby widział świat oczami (mózgiem, duszą) swego dawcy?
Żeby znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytanie, podjął wraz z żoną kolejną wyprawę do Chin. Ich starania przyniosą znacznie więcej niż zakładali. Niepodważalną zaletą wyjazdu będzie duchowe wyciszenie, przy którym to najważniejsze pytanie okaże się całkowicie nieistotne i w ogóle nie padnie.
Dalsze opowiadania tomu niosą w sobie sporą dozę gniewu, albo i buntu. Można w nich wyczytać celnie podpatrzone, nieodmiennie zdumiewające rytuały. Opowiadanie "Kalendarz ludzkich świąt" przynosi wzmiankę o zaobserwowanym procederze – skądinąd dość rozpowszechnionym w świecie w tej czy innej formie – równie niepotrzebnym, jak nieskutecznym:
Potem przechodził przez most, gdzie codziennie manifestowali ludzie, którzy odziedziczyli jakiś dawny protest. Stali w milczeniu z ustami zaklejonymi czarną taśmą od rana do południa, potem po przerwie na obiad zastępowała ich druga zmiana.
Całkiem poboczny wobec głównej akcji fragment obrazuje jeden z dziwnych ceremoniałów, którym pod różnymi szerokościami geograficznymi, cierpiąc za miliony, z perwersyjnym zacięciem oddają się przedstawiciele gatunku homo sapiens – oczywiście, z przerwą na obiad. I nie chodzi w tym przypadku o niefrasobliwość tej konstatacji, gdyż wręcz przeciwnie – ustalony rytuał z wolna wpisuje się w tradycje dnia powszechnego i pozyskuje sobie oddanych wyznawców. Warto zapytać, skąd my to znamy?
Intrygujące spostrzeżenie niesie kolejny fragment tekstu, umiejętnie oddający kryzys mediów. Pojedynczy człowiek nie jest w stanie sprostać natłokowi (bądź, skądinąd, niedostatkowi) bieżących doniesień. Nadmiar (lub niedomiar) zarówno ważnych, co absolutnie zbędnych informacji, trudnych do całościowego przyswojenia i zapamiętania, sprawia, że poprzez swoją masowość nawzajem się redukują, unieważniają czy też zacierają.
Co się w takim razie liczy? I pozostanie w ludzkiej pamięci? To, na czym nieco dłużej zatrzyma się wzrok osoby uznanej, słusznie czy niesłusznie, za najważniejszą w państwie (czytaj: w doskonale zorganizowanej społeczności ludzkich automatów).
Monodikos co roku chętnie zatrzymywał się przy stoisku z T-shirtami i tam zawsze robiono mały pokaz. Wybrani sprzedawcy, ci, którzy regularnie płacili podatek i byli dobrymi obywatelami, wkładali na siebie koszulki i paradowali przed Monodikosem, prezentując najdowcipniejsze napisy. Śledził ich wzrokiem spod nieco opuszczonej głowy. Jego inteligencja była trochę inna niż ludzka. Bardziej syntetyczna. Może dlatego odpowiadał mu taki dziwaczny rodzaj mediów – T-shirty, zamiast gazet i skąpych telewizyjnych wiadomości. Przedstawiono na nich cały świat i jego problemy, wszystko w najbardziej skondensowanej formie, z dodatkiem ironii i sarkazmu, najlepszych przypraw. Te, na których zatrzymał wzrok, stawały się modne, ich sprzedaż wzrastała.
Główny wątek tej właśnie, finalnej opowieści tomu ma w sobie solidny ładunek emocji. Ukazuje ogrom manipulacji, jakiemu poddawani są uczestnicy corocznego święta – obrządku, który ma na celu rozładowanie społecznego ciśnienia i kanalizowanie niezadowolenia, schlebiając sadystycznym skłonnościom ogółu wyznawców. Co ciekawe, dopuszczający się matactw eksponenci władzy, jako jednostki są równie nikczemne i tchórzliwe, co podporządkowani im poddani.
To opowiadanie, godnie zamykające tom, zasługuje na osobny esej. Odbijają się w nim bodaj wszystkie, uniwersalnie ujęte niepokoje współczesności, charakterystyczne dla wszelkich satrapii, mniej lub bardziej rozpanoszonych na całym naszym, ponoć cywilizowanym świecie. I znikąd pocieszenia – nie licząc słów składających się na przenikliwą prozę Olgi Tokarczuk.