Nad całością tej książki unosi się ludyczny charakter aktu twórczego, za którym w tym przypadku - jeśli się nie mylę – nie kryje się jakikolwiek problem społeczny, polityczny czy estetyczny, lecz jest po prostu wyrazem twórczej zabawy. Niekiedy zdają się przebijać na wierzch bolączki życia codziennego, ale nie na tyle, aby uznać je za temat dominujący. Język tych sztuk przepełniają kalambury, gry słowne i dowcipne neologizmy – dialogujące postaci nigdy nie wypowiadają dłuższych kwestii niż jedno zdanie. Są to często pojedyncze słowa lub ich strzępki, które połączone dialogiem ujawniają nowe, nieuświadomione sensy. Niewykluczone zresztą, że to właśnie język jest główną postacią Teatru Osobnego. Jeśli teksty te nie są wyłącznie absurdem dla absurdu i można z nich wyciągnąć prawdę nieabsurdalną, to sądzę, że brzmiałby następująco: słowa, których używamy w życiu codziennym czy dyskursie naukowym, zawierają cudowne możliwości, o których zapominamy albo nic nie wiemy.
Do wielkich zalet tego tomu należy dołączony na jego końcu przedruk czarno-białych fotografii, wizualnie dokumentujących działalność Teatru Osobnego (do tej pory wiele z nich nie znalazło się w Internecie!). Zdjęcia te ukazują groteskowo-baśniowe piękno tamtych scenografii, użytych kostiumów, a wszystko to często zostało osiągnięte za pomocą prostych środków: szmat, sznurków, drutów czy zamalowanych kartonów.