Miron-reporter nie szarżuje stylem, nie popisuje się językową ekwilibrystyką, ale w jego artykułach prasowych możemy zauważyć już znamiona talentu, który odmieni polską poezję: niesamowity słuch do mowy potocznej i kolokwializmów (sam autor też nieraz pisze swoje reportaże tak, jakby je czytelnikowi opowiadał) i tendencję do ubarwiania wypowiedzi, np. poprzez wtrącanie wdzięcznych, choć lekko już wówczas archaicznych słów (jak "zburzyszcze" czy "sklepiczarka"). W reportażach możemy też zauważyć zalążki jego przyszłego umiłowania przedmieść, któremu dawał wyraz wielokrotnie w swojej prozie, opisując wędrówki po krańcach stolicy: wiele jego reportaży z lat 40. to relacje z Bródna, Grochowa czy Annopola, podwarszawskiego Karczewa czy Kobyłki (w której mieszkał wówczas jego przyjaciel, Stanisław Swen Czachorowski). Takich biograficznych tropów znajdziemy zresztą w tych materiałach prasowych więcej – ze wspomnieniami z Powstania na czele.
Nieco zaskakująca jest za to jego smykałka do liczb i konkretu, jak z przedwojennych reportaży Wańkowicza: Białoszewski jako dziennikarz nieustannie dopytuje "ile to będzie kosztowało", "ile pani zarabia", porównuje ceny, podaje gramatury. Dzięki temu z dwóch tekstów o przedświątecznych zakupach możemy prześledzić nawet, jak rosła powojenna inflacja: w grudniu 1946 roku na bazarze Różyckiego kilogram orzechów włoskich kosztował 400 złotych, w grudniu 1947 – już 600 złotych.
Czasem gonił (lub nawet wspinał się, kiedy wraz z fotoreporterem zdobywał najwyższy szczyt Warszawy – ruiny wieżowca Prudentialu) za sensacją i niesamowitością, choć jak sam przyznał po latach: "czasem trzeba było jakieś wypadki samemu wymyślić". Sięgał nieraz po formułę, którą dziś nazwalibyśmy clickbaitową, np. pod nagłówkiem "Hitler ogrodził otwocki szpital" kryje się notka o tym, że do budowy parkanu okalającego podwarszawskie sanatorium wykorzystano metalowe słupki, przewiezione z dawnej kwatery głównej Wilczy Szaniec. Takie nagłówki to zresztą stary, jeszcze przedwojenny wynalazek – filmowiec Edward Zajiček wspominał praktyki, które stosowały bulwarówki lat 20. i 30. XX wieku: "DUNAJ WPADA DO WISŁY" głosiły – na pierwszej stronie litery wybite wielką czcionką. Poniżej można było przeczytać: "w dniu wczorajszym, na Nadbrzeżu Kościuszkowskim, będąc w stanie nietrzeźwym, Izaak Dunaj..."
Z nagłówków Białoszewskiego przebija też zresztą jakaś chropowata poezja: "ŁYKAŁA SZPILKI I GUZIKI – ZASZKODZIŁO DOPIERO TŁUCZONE SZKŁO – CHORY ŻOŁĄDEK WYTRZYMAŁ I TO", tytułowe "NA KAŻDYM ROGU TA SAMA TRUSKAWKA [...]" czy "KOMARY TRACĄ GRUNT POD NOGAMI" (artykuł o akcji antymalarycznej).
Dla fanów poety, varsavianistów i pasjonatów historii XX wieku, to lektura obowiązkowa, ale każda osoba lubująca się w literaturze faktu znajdzie coś dla siebie w tych okruchach stołecznej codzienności lat 40. Zbiór Białoszewskiego to niezwykła podróż do okresu formacyjnego jednego z najbardziej warszawskich pisarzy. Jak pisze bowiem w posłowiu Adam Poprawa: "Można też bez większej przesady postawić tezę, w myśl której w redakcjach popołudniówek nauczył się Białoszewski wychodzić na miasto po tekst".