Najważniejszy początek
Na razie mamy wywiad. Choć i to nie jest pewne. Lekturę warto zacząć od Małej książki kucharskiej reportera, którą Szejnert stworzyła dla dziennikarzy „Gazety Wyborczej” w 1995 roku, a która została dołączona na koniec Chłodni czyli grzejni. W powyższym zdaniu złamałem już jej zasadę nr 1, ponieważ użyłem strony biernej zamiast czynnej – Małgorzata Szejnert zasad tych nie łamie. Uważa nie tylko na to, aby oszczędzać przymiotniki, nie odwracać szyku zdania i by „przy opisywaniu największych dramatów zachowywać największą powściągliwość” (pkt. 18). Panuje jeszcze nad funkcją i miejscem wypowiedzi w strukturze wątku. Wie, czy coś nadaje się na rozwinięcie: jeśli nie – replika jest puentą; jeśli tak – modeluje ją, aby kreowała początek, środek lub koniec wątku.
W Małej książce podkreśla znaczenie pierwszych zdań: „muszą być lapidarne”. Nie daje się rozpędzić, kiedy współautorzy Chłodni czyli grzejni dopytują o Lecha Pietrzaka, 24 lata starszego reportażystę, którego poznała na balu dziennikarskim pod koniec lat 50. Wie, że to atrakcyjny temat. Pozwala im dociekać.
DK, MS: Zastępował w twoim życiu ojca?
MS: W pewnym stopniu wypełniał brak starszego, doświadczonego, czułego mężczyzny. Przejawiał te wszystkie cechy w stosunku do mnie. Ale przede wszystkim od razu postarał się o to, żeby moje życie było ekscytujące.
DK, MS: W jaki sposób?
Jak z dowcipem – Szejnert nie chce spalić. Każdą odpowiedzią zaprasza do ciągu dalszego, a Karaś i Sterlingow sprawnie podchwytują. Chwilę później czytamy, jak Lech zabiera ją do Kazimierza nad Wisłą w porze rozkwitu kapryfolium albo w Bieszczady pełne żółtych rydzów i spalonych chat, które zarastały chwastami. Stopniowo dowiadujemy się, dlaczego relacja między żonatym mężczyzną i młodą kobietą, która nie umiała żyć w związku, musiała przybrać nietypową formą. I dlaczego tak ważna była łąka nad Wisłą niedaleko Kazimierza.
Niedoceniany środek, proste zakończenie
Jesteśmy już w środku. W tej części tekstu, w której można się rozpędzić, co nie znaczy, że łatwo się ją prowadzi. To tu trzeba spełnić większość obietnic danych na początku, zachowując przejrzystość i porządek wśród nakładających się wydarzeń. Na szczęście są na to sposoby, np. wprowadzenie bohatera zewnętrznego, który mógłby skojarzyć ze sobą wydarzenie, wziąć je na swoje barki. Małgorzata Szejnert stawia takiego w centrum swoich przygotowań do wyjazdu do USA w latach 80.:
MS: Przed podróżą ogarnął mnie paniczny strach, że nie wypuszczą nas z Polski, zawrócą z lotniska. Zwierzyłam się z tego Ryszardowi Kapuścińskiemu. Myśmy się wtedy mało znali, ale wiedzieliśmy o sobie, byliśmy na ty. Natychmiast powiedział, że odwiezie mnie na lotnisko.
DK, MS: Samochodem?
MS: Nie o to chodzi. On był już wtedy wielką gwiazdą. Często latał służbowo z Okęcia. Powiedział mi: „Nic się nie bój, ja tam wszystkich znam”.
Udało się. Szejnert wyleciała na dwa lata do Stanów, a dzięki pomocy Kapuścińskiego czytelnik zapamięta, jakiego rodzaju było to wyzwanie. Sławny reporter działa tu na zasadzie „palców olbrzyma”, jak rolę szczegółów w literaturze określił kiedyś amerykański powieściopisarz, Philip Roth. Szejnert powołuje się na niego w 14. punkcie swojej Małej książki, zaznaczając, że bez szczegółów reportaż po prostu nie jest wiarygodny.
Szczegółem może być wszystko, ale ważne jest, żeby szczegół odnosił się do tego, co czytelnik zna lub potrafi sobie wyobrazić. Zwłaszcza na finiszu, kiedy autorowi przychodzi ochota na metaforę lub „opisy stanów ducha” (pkt. 19). Szejnert daje modelowy przykład zakończenia przy okazji historii swojego strachu przed kościotrupem, jaki przeżywała w dzieciństwie. Najpierw kościotrup nawiedzał ją w snach (początek), potem powiedziała o nim tacie-nauczycielowi, a ten zabrał ją do gabinetu biologicznego w szkole, gdzie trzymano prawdziwy egzemplarz (środek). Wreszcie:
MS: Tata podał mu rękę i powiedział „dzień dobry”. Zaproponował, żebym zrobiła to samo. Familiarny stosunek taty do szkieletu sprawił, że przywitałam się z nim bez wahania. Zauważyłam, że kościotrup ma brudnawe paznokcie i jakoś mnie to do niego zbliżyło, bo miałam podobne. Strach minął.
Nie-wywiad-rzeka
W konstrukcji meta-reportażu z własnego życia pomagają Szejnert rozmówcy. Wyczuwają reguły dialogu, podważają formę wywiadu-rzeki. Właściwą konwersację przeplatają sześcioma tekstami, w których Szejnert nie wypowiada się prawie w ogóle: jednym reportażem ukochanego Lecha oraz pięcioma rozdziałami kontekstowymi własnego autorstwa.
Można się zastanawiać nad ich sensem, przecież Szejnert poradziłaby sobie z całością. Czy autorzy nie byli w stanie uzyskać wszystkich informacji i w ten sposób łatali dziury? Nie można tego wykluczyć, jednak nawet jeśli – efekt jest niezły. Fragmenty w trzeciej osobie dają wytchnienie od dialogu i zderzają perspektywy. Szejnert nie przestaje być główną bohaterką, ale świat nie rozwija się już w jej oczach – ona sama staje się człowiekiem wśród ludzi. Prosty zabieg, który dyskretnie upewnia czytelnika, że protagonistka bierze udział w wydarzeniach, o których gdzie indziej opowiada w pierwszej osobie.