Siedemdziesiąt lat po wojnie reporterka "Gazety Wyborczej" i autorka głośnej podwójnej biografii Beksińskich napisała o jej końcu tak, jakby sama go widziała. Nie tracąc jednak ani na chwilę z pola widzenia pułapek związanych z upływem czasu i nieprzystawalnością dzisiejszych kryteriów do mierzenia tamtego świata. Uczciwie przyznając:
"Nie wiem, czy mam prawo do tego wszystkiego. Do udawania, że wiem, jak było. (…) Nigdy nie wyłam z rozpaczy nad przeręblą, do której przed chwilą wpadły moje dzieci".
A jednak wzięła duży rozbieg i skoczyła w przeszłość, tworząc rozpisaną na 11 reportaży panoramiczną fotografię "roku intensywnego życia" (jak na okładce nazywa ten czas Małgorzata Szejnert). Fotografię wspaniałą. Są na niej elementy znane, są też inne – wyparte z obiegowych opowieści. Jest szaber, żydowski sierociniec, katastrofa "Wilhelma Gustloffa", Ziemie Odzyskane, są Niemcy, Kaszubi, UPA. I choć rozmiarem i okładką "1945. Wojna i pokój" może onieśmielać – 400 stron, czerń, zdjęcie ruin – jest wszystkim, tylko nie ciężką lekturą. Piekielnie trudną, owszem, dla psychiki, ale nie w czytaniu.
Historie pisane przez Grzebałkowską, która posiadła dar wchodzenia w cudze buty, po prostu się pożera. Bo to fantastycznie napisane, pieczołowicie i szczegółowo, a przy tym empatycznie odtworzone historie ludzi w ekstremalnych – czasem strasznych, czasem po prostu nowych – okolicznościach. Historie łajdaków, historie ofiar, historie haniebne i historie chwalebne, a także historie zwyczajne.
W 1945 roku Polska to świat bez reguł, dżungla. Bohaterka z Wrocławia do pracy chodzi z koleżankami i kolegami, bo w pojedynkę byłoby to zbyt niebezpieczne. Jadący pociągiem na studia były żołnierz AK musi walczyć o swoje buty z sowieckimi żołnierzami, którzy wybrali się na łowy. Przesiedleńcy, którzy wprowadzili się do cudzych domów, muszą się liczyć z tym, że ktoś przyjdzie po swoje rzeczy, że ktoś może ich w każdej chwili wyrzucić. Niemcy boją się zemsty, kobiety boją się gwałtów, rok takiego życia wystarczy, by już nigdy nie móc spokojnie zasnąć. A przecież jest już niby po wojnie.
Reportaże Grzebałkowskiej bywają okrutne. Zwłaszcza te, które dotyczą powojennych losów Niemców na polskich terenach. Jeśli wydaje się komuś, że poznał granice ludzkiego okrucieństwa, niech przeczyta reportaż o obozie w Łambinowicach. Trudno też uwolnić się od obrazu pękającego lodu, pod którym zaraz zatonie wóz z niemiecką rodzina uciekającą na Zachód. Nie wiadomo tylko, co jest bardziej wstrząsające: tonący rodzice z dziećmi czy to, że chwilę wcześniej obojętnie minęli błagającego o pomoc chłopca, bo "takie czasy, że każdy sobie musi sobie sam radzić!".