Książka Katarzyny Kobylarczyk jest hołdem oddanym ofiarom krwawego konfliktu, znaczonego 500 tysiącami śmiertelnych przypadków. O szacunek i godny pochówek szczątków zabiega od dziesięcioleci wiele rodzin straconych, bądź poległych ze strony republikańskiej. Nie dotyczy to bowiem ofiar po stronie przeciwnej: nacjonalistów i faszystów, których wojskowy reżim ogłaszał bohaterami krucjaty przeciw komunizmowi i chował z honorami, jako "poległych za Boga i Hiszpanię" – ich niewąski odsetek Kościół katolicki uznał zresztą za męczenników i wciąż wynosi na ołtarze (jest ich już niemal 4 tys.).
W 20 lat po krwawym stłumieniu rebelii, hiszpański dyktator wojskowy caudillo Francisco Franco zlecił budowę Monumento Nacional de Santa Cruz del Valle de los Caídos – Narodowego Pomnika Świętego Krzyża w Dolinie Poległych. W dolinie Cuelgamuros w górach Guadarrama (12 km na północ od pałacu Escorialu, a 50 km na północny zachód od Madrytu) kosztem morderczej pracy zatrudnionych przy tym więźniów, głównie politycznych, powstała długa na 262 metry i wysoka na sześć pięter podziemna bazylika. Całości dopełnia, widoczny w promieniu 50 km najwyższy na świecie, 152-metrowy betonowy krzyż, wznoszący się ponad wzgórzem Risco de Nava.
Gigantyczne mauzoleum to zarazem miejsce religijnego kultu, mające w założeniu czcić ofiary wojny domowej w Hiszpanii. Początkowo zamierzano umieszczać tam wyłącznie prochy ofiar ze strony frankistowskiej, jednak w myśl "polityki narodowego pojednania", zgodzono się do chowania tam poległych i pomordowanych republikanów. Posługę duchową pełnią w nim benedyktyni z klasztoru znajdującego się po przeciwnej stronie wzgórza.
Ekshumacje i przenosiny ciał ofiar republikańskich odbywały się, oczywiście, bez pytania rodzin ofiar o zgodę. Ludzie słusznie czy niesłusznie nazwani przez frankistowski reżim czerwonymi lub komunistami, mieli teraz spoczywać obok swoich katów. Dla sporej grupy Hiszpanów, którzy w przeszłości stracili bliskich po republikańskiej stronie, była to potwarz.
Zwłaszcza, że miejsce to – zgodnie z koncepcją dożywotnio władającego Hiszpanią gen. Franco († 1975) – jak na szyderstwo zostało nazwane Doliną Pojednania. Jako żywo przypomina to koncept z powieści "Rok 1984" George'a Orwella, skądinąd uczestnika hiszpańskiej wojny domowej po stronie republikańskiej. Według pisarza, co jasno wyraził w książce "W hołdzie Katalonii", cała ta wojna sprowadzała się do "walki faszyzmu z demokracją".
Jak uczy historia, władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie. Obywatelom wszelkich satrapii czy tyranii rządzący mogą bezkarnie(?) narzucać warunki łamiące wpajane dotąd reguły współżycia społecznego. Monopol jednej partii zawsze niesie ze sobą nadużycia.
Ów stary jak świat porządek, w którym ofiara zmienia się w kata, a kat w ofiarę, prof. Jan Kott nazwał Wielkim Mechanizmem. W ruch wprawiają go ludzie przepełnieni ambicją, rozpierani emocjami, przekonani o słuszności wyznawanych przez siebie poglądów. Czasami zatem zegar historii zacina się na dziesięciolecia, jak miało to miejsce w Hiszpanii pod panowaniem Franco.
"Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" Katarzyny Kobylarczyk to książkowy reportaż opowiadający o wojnie domowej i jej konsekwencjach ustami współcześnie żyjących ludzi. Jest to zestawienie relacji ostatnich żyjących świadków tamtych wydarzeń, jak też osób, które poszukują prochów swoich bliskich w zbiorowych mogiłach czy miejscach straceń i – dzięki badaniom DNA – próbują je zidentyfikować, żeby sprawić im uczciwy pochówek.
Ludzie mówili o tych miejscach szeptem. Zabraniali dzieciom tam się bawić. Opowiadali, że lęgły się tam gzy i muchy, że ziemia była pulchna i miękka jak gąbka, że płynęła spod niej krew. Cuchnęła. Rodziła kości i łuski. Nocami płonęły nad nią błędne ogniki. […] Niekiedy, bardzo rzadko, chodziły tam kobiety. […] Przychodziły same, bez mężczyzn, bo to właśnie ich mężczyźni leżeli w tych miejscach. Najczęściej. Bo w niektórych miejscach leżały także kobiety. W tamtych czasach [za życia Franco] to była wielka odwaga tak przyjść i stać tam, gdzie – jak mówili ci, którzy wygrali wojnę – "nie wydarzyło się nic".
W oficjalnych dokumentach jako przyczynę śmierci straconych strzałem w tył głowy(!) wpisywano przeważnie "wojna" lub "wydarzenia wojenne" czy też kuriozalne: "zostali znalezieni martwi" (sami z siebie). Dzisiejsi, wciąż nader nieliczni patolodzy zajmujący się wydobywaniem kości z miejsc zbiorowych mordów, na podstawie ich oględzin – głównie czaszek – wpisują do raportów: "śmierć gwałtowna w typie zabójstwa z punktu widzenia medycyny sądowej". Nie uważają, że ekshumacje pomagają zaginionym odzyskać godność, bowiem: "Oni jej nigdy nie stracili".
Antropolodzy podkreślają, że są to masowe groby cywilów i wskazują na ich specyfikę. W Bośni ofiary zbrodni wojennych ekshumowano po 25 latach, w Argentynie i Chile po 30, także polskie zbrodnie stalinizmu zaczęto upamiętniać o wiele wcześniej niż w Hiszpanii, gdzie musiało upłynąć aż 80 lat od wydarzeń. Wiedza o frankistowskich zbrodniach jest wstydliwa choćby z powodu społecznej otoczki – matki i babcie rzadko opowiadały dzieciom, co je spotykało: "»czerwonym« kobietom i kobietom »czerwonych« golono głowy. Pojono je olejem rycynowym. Przy muzyce prowadzono główną ulicą wsi".
Jeszcze dziś da się usłyszeć głosy, że "po co otwierać zagojone rany? Zmarłym to obojętne". Odpowiedź na to jest prosta: nie chodzi o zmarłych, tylko o żywych, żeby mogli odejść z zagojonymi ranami. "Bo kiedy odchodzi się z raną w sercu, to boli bardziej".
Okazuje się, że najtrudniej przeprowadzić ekshumację szczątków republikanów z Doliny Pojednania, gdzie betonowy krzyż swoimi ramionami obejmuje poległych po obu stronach konfliktu. Ci, co tak uważają, nie biorą pod uwagę, że wewnątrz pochowani są dyktator i przywódca partii faszystowskiej, a każdego dnia odprawia się tam ultrakatolicką mszę w otoczeniu frankistowskiej symboliki.
Kim byli owi "czerwoni", zwalczani w myśl tajnej instrukcji jednego z faszystowskich generałów: "Musimy wywrzeć mocne wrażenie; każdy, kto otwarcie lub w sekrecie broni Frontu Ludowego, musi zostać rozstrzelany". Zgodnie z tymi wytycznymi stracono setki tysięcy ludzi, nierzadko niemieszających się w sprawy polityki.
Byli bezrolnym chłopami, robotnikami dniówkowymi, rzemieślnikami, robotnikami przemysłowymi, działaczami społecznymi i nauczycielami. Nie polegli na froncie. Dostali kulkę w łeb za to, że "nie myślą tak jak my".
Żeby oddać sprawiedliwość obu stronom, autorka w ostatnich rozdziałach przytacza również udokumentowane przypadki niehumanitarnych czynów po stronie republikańskiej. Ofiarami "czerwonych" padali także przedstawiciele kleru, co przyczynia się do procesów beatyfikacyjnych zwieńczonych wyniesieniem ich na ołtarze. Przez papieży Jana Pawła II i Franciszka, następców wstrzemięźliwego pod tym względem Pawła VI.
Tkanką książki "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" Katarzyny Kobylarczyk jest spojrzenie na burzliwe dzieje Hiszpanii ostatnich 80 lat – pod panowaniem Franco, ale i obecnie – z punktu widzenia zwyczajnych ludzi. Ich wspomnienia, przeżycia i refleksje budują niepowtarzalny obraz rzeczywistości, w której narzucona siłą doktryna do tego stopnia zawładnęła umysłami społeczeństwa, że muszą minąć jeszcze dwa lub trzy pokolenia, zanim Hiszpanie znajdą sposób na pozbycie się psychicznych pęt wciąż dzielących społeczeństwo.
Reportażowy tom Katarzyny Kobylarczyk dowodzi, że życiowe problemy "zwyczajnych zjadaczy chleba" zasługują na wnikliwą uwagę. Wprawdzie nie każdemu jest pisane mieć w rękach rząd dusz, natomiast warto krytycznie patrzeć na poczynania przedstawicieli władzy. Bo też nic tak nie wyniszcza narodu – każdego narodu – jak nieodpowiedzialność rządzących, dyktowana fałszywie pojętą ideologią.
Katarzyna Kobylarczyk
"Strup. Hiszpania rozdrapuje rany"
wydawnictwo: Czarne, Wołowiec 2019
seria wydawnicza: Sulina
projekt okładki: Agnieszka Pasierska/Pracownia Papierówka
okładka: miękka, lakierowana ze skrzydełkami
wymiary: 125 × 195 mm
liczba stron: 280
ISBN: 978-83-8049-935-5
ISBN: 978-83-8049-952-2 (e-book)