Tak obrany – kameralny, niekiedy wręcz intymny – punkt widzenia sprawia, że książka staje się przez to bardziej swojska, familiarna, "spoufalona" z czytelnikiem, skutecznie absorbując jego uwagę. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że autorka pochodzi ze znanej rodziny księgarzy i wydawców. Wnuczka Jakuba i Janiny Mortkowiczów, córka pisarki Hanny Mortkowicz-Olczakowej, od wczesnych lat dziecinnych stykała się ze znaczącymi osobistościami ówczesnego życia literackiego, o których potrafi opowiadać równie zajmująco, co bez egzaltacji.
Do Krakowa mama i babcia autorki wspomnień trafiły w marcu 1945 roku wprost z podbocheńskiej wsi, gdzie się schroniły z fałszywymi ausweisami ukrywającymi ich żydowskie pochodzenie. W Warszawie wszystko legło w gruzach: mieszkanie, wydawnictwo, księgarnia – teraz musiały zaczynać od nowa. Po trzech miesiącach w ich sublokatorskim mieszkaniu – w słynnym Domu Literatów przy Krupniczej 22 w Krakowie – pojawiła dziesięcioletnia Joanna, przywieziona od sióstr niepokalanek, pod których opieką spędziła ostatnie lata wojny.
Chciałabym opisywać w nieskończoność urzekające kolory, zapachy, smaki pierwszych krakowskich miesięcy. Opowiadać na dziesiątkach stron o radości, jaka towarzyszyła kolejnym odkryciom. Ale poczucie proporcji każe mi kontrolować euforyczne uniesienia. W pamięci zbiorowej powojenny czas to czas żałoby i strachu. Własne szczęśliwe wspomnienia nie pasują do tej aury. Jednak nie mogę się usprawiedliwiać, że patrzyłam na świat z ograniczonej, infantylnej perspektywy. Nie chcę udawać, że byłam istotą szczególnie współczującą i wrażliwą. Przeciwnie. Dość samolubnie wykorzystywałam status odzyskanego cudem dziecka.
Była dziesięciolatką, której prawidłowy rozwój uczuć zahamowało wychowanie z dala od rodzinnego domu. Wychowanie szczególnego rodzaju, w myśl prawideł, które wymusił absurd wojny. A konkretnie – wprowadzenie przez niemieckiego okupanta ustaw rasowych.
Wiedziałam, że za dnia nie wolno okazywać strachu, ani smutku. Im częściej się człowiek śmieje, im bardziej stara się rozśmieszyć innych, tym więcej ma ludzi wokół siebie, tym bardziej czuje się bezpieczny. Nieświadomie stosowałam nauki rebe Nachmana z Bracławia, który głosił: "Człowiek o swojej rozpaczy powinien rozmawiać tylko z Bogiem. I nie dłużej niż kwadrans na dobę. Przez resztę czasu powinien okazywać światu pogodną i uśmiechniętą twarz."
Stosowanie się do tych reguł sprawiło, że dziecko nie rozumiało najprostszych odruchów czułości. Powrót na łono rodziny okazał się wyzwaniem dla obu stron. Z początku, kiedy matka lub babcia próbowały ją przytulić, dziewczynka sztywniała.
Martwiły się moją bezwzględnością, chłodem emocjonalnym, toczyły ze sobą wojnę o metody postępowania. Jedna domagała się surowości i rygorów. Drugiej matczyne serce doradzało pobłażliwość i cierpliwość.
Stopniowo zawiązywały relacje wewnątrz i na zewnątrz nowego lokum, w którym życie koncentrowało się wokół zakupionego na pobliskim placu Szczepańskim biedermeierowskiego stołu. Przyszła autorka "Wtedy..." odrabiała przy nim lekcje, podczas gdy na drugim krańcu jej ojciec chrzestny Leopold Staff ustalał z babcią kształt kolejnej książki. Wobec monopolizowania przez ludowe państwo wszelkich dziedzin życia zbiorowego, próba wskrzeszenia od podstaw rodzinnej firmy okazała się nie do przeprowadzenia – systematycznie demontowane Wydawnictwo J. Mortkowicza w 1950 roku, po 46 latach aktywności, przestało istnieć.