Domalewski opowiada tę historię ze swadą. Nie zwleka, tylko rusza wraz z bohaterką w podróż zmieniającą życie. Wie, że kino drogi karmi się perypetiami, przypadkowymi spotkaniami i zwrotami akcji, dlatego całkiem gęsto inkrustuje swój film mniej lub bardziej spektakularnymi wydarzeniami. A jednak "Jak najdalej stąd" nie zajmuje tak, jak debiutancka "Cicha noc". Podczas gdy w debiucie wszystkie relacje między bohaterami i zwroty akcji były wycyzelowane i wyważone, w drugim filmie reżyser gubi pewność siebie, a kolejne twisty pojawiają się nie po to, żeby realnie odmienić historię bohaterki, ale dlatego, że tak każą reguły filmowej dramaturgii.
Nie zmienia to faktu, że obraz Domalewskiego wciąż wyróżnia się na tle polskiej produkcji. Młody reżyser udowadnia, że znalazł swój temat – rozbite rodzinne więzi i umiejętność uwolnienia się z ich toksycznych wpływów. Historia nastolatki, która uczy się dostrzegać w swoim zmarłym ojcu coś więcej niż bankomat z zagranicy, wpisuje się w wizję kina, które chce uprawiać Domalewski. Kina pełnego emocji i wiary w ludzi.
Ale Domalewskiego wyróżnia coś jeszcze – słuch. Nie tylko do dialogów, ale i do… rzeczywistości zwyczajnych ludzi. Filmowa przestrzeń jego filmów przesycona jest prawdą – Domalewski zna swoich bohaterów. Kiedy oglądamy nastolatkę dorabiającą na samochodowej myjni, wiemy, że istnieje naprawdę. Gdy dziewczyna podróżuje autokarem, nie mamy wątpliwości, że i reżyser spędził w jego wnętrzach kawałek życia, obserwując agresywnych współpasażerów, nieuprzejmych kierowców i zmęczonych towarzyszy autokarowej niedoli. Mały realizm, który w większości polskich filmów okazuje się kulą u nogi, Domalewskiemu służy za broń. Uwiarygadnia ekranową rzeczywistość i czyni nas współuczestnikami dramatów.