Większość komiksu rozrysowana jest na czterokadrowych stronach. Świdziński czasem jednak przyspiesza, zagęszczając liczbę kadrów, lub wyhamowuje całostronicowymi rysunkami. Dzięki temu "Zdarzenie…" nie nudzi się wizualnie i zachowuje dynamikę. W podobny sposób została poprowadzona fabuła. Autor potrafi w odpowiednim miejscu zdynamizować narrację, żeby akcja ruszyła do przodu, a w innym zwolnić, żeby dać czytelnikowi ochłonąć.
Odpowiednio rozłożone napięcie i zwroty akcji sprawiają, że komiks wciąga. Dialogi są absurdalne w swojej dosłowności, oczywistości i zwykłości. Przywołują na myśl z jednej strony "Hydrozagadkę" Andrzeja Kondratiuka, z drugiej – filmy klasy B. Wybór stylistyki i polisemantyczna fabuła to swoisty hołd dla takich produkcji, uważanych zwykle za bezwartościowe. Dla Świdzińskiego sensacyjna fabuła jest w dużej mierze kostiumem, w który sprawnie ubiera treści charakterystyczne dla kultury wysokiej. Dlatego też "Zdarzenie…" dobrze jest przeczytać kilka razy, żeby odkryć jak najwięcej przemyconych aluzji.
Sam finał został świetnie rozegrany. Po pierwsze – dostajemy efektowne rozwiązanie zagadki. Po drugie – podskórnie wyczuwane przez cały komiks odniesienia do Polski wychodzą w końcu na wierzch jako dyskusja z mesjanizmem i polską megalomanią. W końcu po trzecie – samo zakończenie spina całość na poziomie meta, tworząc pętlę, w której trudno odróżnić fikcję od prawdy.