"Betonowy pałac", piąta powieść kryminalna w dorobku autorki, która do niedawna funkcjonowała na czarnej scenie jako "najmłodsza autorka kryminałów w Polsce" (i druga kobieta, która otrzymała Nagrodę Wielkiego Kalibru), to coś w rodzaju dresiarskiego kryminału. Dzieje się w Krakowie – ale jakim! Miastu z powieści Grzegorzewskiej bliżej do obrazów ze "Świętej wojny" Wojciecha Wilczyka niż do "Magicznego Kazmierza". To zjadliwie, przekomicznie pokazane miasto ulic usyfionych kebabami i turystów-najeźdzców, na których autochtoni gapią się spode łba; pełne – lepiej lub zwykle gorzej – tłumionej agresji miasto żuli i żuląt polskich.
W "Betonowym pałacu" Grzegorzewska po raz pierwszy nie obsadza w roli głównej swojej dotychczasowej protagonistki, detektywki Julii Dobrowolskiej, kobiety z mroczną przeszłością i blizną. Narratorem i głównym bohaterem czyni Profesora – oczytanego dresiarza po przejściach, który po dłuższej nieobecności wraca do Krakowa. Profesor to kapitalnie uszyta postać: trochę osiedlowy brutal, trochę erudyta cytujący poematy Alfreda Tennyssona, zaznajamiający koleżków z poezją Świetlickiego (bo nie ma w niej "żadnego ukrytego pedalstwa, o które podejrzewają wszystkie wiersze"), a trochę przybywający z daleka wybawiciel, który, chcąc nie chcąc, bierze się za przywracanie porządku.
Bo w Krakowie źle się dzieje. W Krakowie, czyli na Osiedlu – amalgamacie kilku krakowskich blokowisk – gdzie rządy przejął psychopatyczny Opiekun. Idą złe czasy, ludzie się zbroją. Osiedlowy medyk eksperymentuje z narkotykami, faszerując osiłków substancjami, które robią z nich zaślepione agresją maszyny. Na dodatek w mieście grasuje Rzeźnik z Salwatora – seryjny morderca polujący na kobiety.
Profesor wolałby się trzymać od Osiedla z daleka, ale nie będzie mu to dane. Tuż po powrocie wzywa go bowiem sam Opiekun, który zleca mu odnalezienie swojej zaginionej żony. A Opiekunowi – jak można sobie wyobrazić – się nie odmawia.
Tyle, jeśli chodzi o fabułę. "Betonowego pałacu" nie czyta się jednak dla zagadki kryminalnej. Grzegorzewska jest trochę jak Michał Witkowski (choć gwoli ścisłości to raczej on przypomina ją pod tym względem) – bardziej od kryminalnego szkieletu i tego, kto zabił lub uprowadził, liczy się u niej to, to co po drodze. A po drodze są świetne, trochę tarantinowskie postacie, celne obserwacje i radosna żonglerka popkulturowymi kliszami i cytatami.
"Moja twarz była jak ten hotelowy pokój – nie było na co patrzeć" – wyjaśnia na wstępie Profesor. "Typ gęby, którą w literaturze opisuje się zwykle jako interesującą lub przykuwającą uwagę. I która nigdy nie należy do głównego bohatera, tylko albo do jego głupawego przyjaciela żartownisia, albo do rzezimieszka o ksywie Johnny Krzywus".
"Z Sherlockiem Holmesem łaczyło mnie co najwyżej zamiłowanie do narkotyków" – mówi gdzie indziej. "Z tym że on mimo siupania koksu miał umysł ostry jak brzytwa. Mój mózg natomiast był dziurawy jak czekolada bąbolada".
Podobnie "literackie" są inne postacie: trzynastoletnia Lolita – Liliana, Opiekun rezydujący w (kapitalnie opisanym) Pałacu, mścicielka Greta rodem z "Rodziny Addamsów".
Ale, mimo że Grzegorzewska bawi się rozmaitymi konwencjami (od gore, po urban fantasy i hard-boiled, jak wyliczał krytyk Robert Ostaszewski), jest w "Pałacu" kapitalna dawka "realu". Nie bez powodu doczekał się on miana kryminalnej "Wojny polsko-ruskiej". Wstępując na fantasmagoryczne "Osiedle", pokazuje od podszewki całe "Miasto", czyli kawał współczesnej Polski, która, jak ten nowy barman w jednej krakowskich knajp, jest "ani to modna, ani to nudna, stare przemieszane z nowym, drogie z tanim, pedalskie z gejowskim, chujowe z jeszcze gorszym".
Jej żywiołem jest język. Umie bluzgnąć jak mało kto. ("Dżordasz, sklejże dupe! – huknął Abdul. – Bo cię znokautuję i pójdziesz do lochu! (…)" Na co ten: "Judaszu, za kim ty jesteś? Potnę cię w paski, parówo. Tak cię przecwelę, to ci dupa gębą wyjdzie"). I dobrze, bo przedsięwzięcie w rodzaju "Betonowego pałacu" nie mogłoby się powieść bez autentycznie brzmiących "grubiańskich epitetów", którymi Grzegorzewska operuje tak lekko, jakby sama była mieszkanką Osiedla.
Pozbawione pruderii są też "Pałacowe" obyczaje. Seks, przemoc (plastikowa, przerysowana), role płciowe. "Gdyby tę książkę napisał facet, mówiono by, że jest chamem, mizoginem" – mówiła Grzegorzewska. "A ja miałam tę wolność, że jestem kobietą i mogłam pisać, jak chcę".