Opowieść nie płynie zbyt żwawo – książka jest podzielona na krótkie, niekiedy zaledwie jednozdaniowe rozdziały. Niektóre z nich sprawiają wrażenie, jakby Zawada chciał je na siłę, niekiedy kosztem odkrywczości, doprowadzić do finału, jakim zazwyczaj jest mniej lub bardziej udana puenta. Momentami narracja osuwa się wręcz w nieco męczące aforyzmy – efektowne, ale nieszczególnie pobudzające do myślenia. To największa wada książki, tym bardziej, że powieść najlepsza jest tam, gdzie Zawada zamiast sentencji tworzy bezpretensjonalne historyjki – o Jagnie, która codziennie stoi koło drogi i sprzedaje swoje piękne rzeźby, w zimie zrobione ze śniegu i lodu, w lecie – z błota; o Kryspinie, który modli się, żeby zostać robakiem; o tym, że normalny człowiek ma w ciągu nocy dwa sny, jeden kulturalny, skierowany do Boga, a drugi – gorszy, w którym dzieją się rzeczy, których nie warto nikomu opowiadać.
Bóg jest w tej książce niezwykle ważny, a główny bohater, przy całej swojej niechęci do odmawiania różańca, pozostaje żywo zaprzątnięty kwestią wiary, którą nieustannie stara się pojąć i zintegrować ze swoim obrazem świata. Mówi na przykład:
Biblia to podobno najbardziej życiowa książka. Ja w to nie wierzę, bo nie ma w niej nic o sikaniu.
Choć wyrwane z kontekstu to zdanie pewnie mogłoby wydać się prowokacyjne, chodzi przecież o realną chęć zrozumienia życia, poczynając od fizjologii, kończąc na Absolucie. Dziecięcy narrator doskonale pozwala zresztą Zawadzie stawiać pozornie proste pytania, na które dorosłość wcale nie przynosi odpowiedzi. To prosty chwyt, nie można jednak odmówić mu pewnej skuteczności – Franciszek przywodzi na myśl romantyczną figurę dziecka, które widzi i rozumie więcej. Zawada, by spuścić z niej powietrze, obdarza swojego bohatera bezczelnością i zawadiackością.