Historia ta jest trochę o znikaniu i zanikaniu, a częściowo o odnajdywaniu, zarówno się w świecie, jak i siebie w sobie. Skoro muszka owocówka przyleciała na ciebie popatrzeć, to musi być w tym coś o lataniu – rozumianym jako wolność od stereotypowych ról kulturowych czy biologicznych, przeszłości, nieudanych myśli, skojarzeń, świadomości lub literackich konwencji – ale też o niemożności wzbicia się w powietrze, co niekoniecznie oznacza zniewolenie. Najważniejsze wydają się relacje istot ludzkich i nieludzkich, z tym że nie do końca wiadomo, kto jest kim, gdyż osoby zachowują się jak zwierzęta, a owady przyjmują cechy ludzkie.
spożywcze mole i muchy i inne bakterie, bakterie klozetowe, które synchronizują się z domownikami, jak wspólne słowa, posiadówki, przelecą nam teraz przez obraz, przez palce, usiądą na ręce, zdenerwują nas. nie powinno nas tu teraz być.
Nieco naiwne jest myślenie, że to historia miłości ja-drzewo-konia i brzydkiego kaczątka, mimo że tak sugeruje jeden z tytułów podrozdziałów, a muszki owocówki krzyczą: "każda historia powinna dążyć do miłości. życie, które jest paskudne i pełne rozkładu, jest mimo wszystko o miłości", choć nikt ich nie słyszy. A może nie słucha? To więc raczej opowieść o niedopasowaniu i życiowym torze przeszkód, rozbijaniu rutyny na milion kawałków i składaniu ich ciągle od nowa bez instrukcji obsługi.
Całą tę książkę można interpretować na wiele sposobów, a każde odczytanie zdaje się być nie tyle odkrywcze, co nieistotne. Im dłużej myśli się o tej prozie, tym większe odnosi się wrażenie, że nie jest to historia o tym, co widać wokół, na zewnątrz, lecz o obserwacjach wewnętrznych. A co czyha w środku? Samotność, zagubienie, wewnętrzni niszczyciele. To wreszcie opowieść o świadomości zagrożenia, ale niemożności reagowania: