Wyjścia awaryjne. Rok 2020 w sztukach wizualnych
Świat sztuki od lat zadawał sobie pytanie o to, czy współczesny system artystyczny nie jest aby reliktem wymagającym pomyślenia na nowo. Dotąd było to raczej pytanie retoryczne, w pandemicznym roku trzeba było jednak zmierzyć się z nim na serio.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Justyna Górowska, widok wystawy "Origins", fot. dzięki uprzejmości artystki i lokalu_30
Obrazek
origins-justyna-gorowska-screenshot7.jpg
Sztuki wizualne okazały się jedną z tych dziedzin, na których trwająca pandemia położyła się najdłuższym cieniem. Choć współcześni artyści posługują się całym wachlarzem mediów, także tych cyfrowych, ich prace koniec końców lądują zazwyczaj w muzealnych bądź galeryjnych salach. Dzieła powstające i przeznaczone do oglądania w sieci to wciąż margines artystycznej produkcji. Gdy więc w marcu uderzył w nas pierwszy lockdown, brak wyjścia awaryjnego okazał się dotkliwy. Podczas gdy na przykład w branży filmowej stanęła praca na planach, ale premiery ostatecznie z sal kinowych można było przenieść do serwisów streamingowych, świat sztuki znalazł się w położeniu odwrotnym – artyści mogli jak do tej pory tworzyć we własnych pracowniach, nie mieli natomiast gdzie wystawiać.
Pierwsza odpowiedź instytucji wystawienniczych była więc zgodna z duchem czasu – skoro większość możliwych dziedzin aktywności przeniosła się do internetu, w sieci także zaczęły się odbywać wystawy, a w wersji minimum – oprowadzania wideo. Na polskim gruncie wystawy 3D dostępne online zaistniały już wcześniej – od 2017 roku działa 01 Gallery, założona przez trzech młodych artystów: Łukasza Stylca, Dominika Urbańskiego i Roberta Kowalskiego. O ile jednak prezentowane w niej wystawy to projekty w punkcie wyjścia zakładające w pełni wirtualną prezentację, a w efekcie oparte na tworzeniu specyficznych mini-światów w 3D we współpracy między artystami i galeryjnym zespołem czuwającym nad technikaliami, o tyle kryzysowe wystawy w sieci oparte na odtwarzaniu białych galeryjnych kubików sprawiały jednak wrażenie smutnych protez.
Burzliwy romans z Instagramem
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Justina Los, Self-House Residency, fot. dzięki uprzejmości artystów
Najciekawiej z wyzwaniem odnalezienia się w sieci poradzili sobie więc ci, którzy jako platformę artystyczną postanowili wykorzystać media społecznościowe. Instagram od kilku lat odgrywa w świecie sztuki niebagatelną rolę jako narzędzie autoprezentacji, nawiązywania kontaktów i przepływu idei. Na początku lockdownu możliwości te postanowili więc wykorzystać Magdalena Morawik i Łukasz Horbów, tworząc projekt Self-House Residency.
Kolejne artystki i artyści na pełny tydzień przejmowali kontrolę nad instagramowym profilem projektu, by w fotograficzno-filmowej formie prezentować swoje działania. Platforma dawała więc szansę na pokazanie fantazyjnie zaaranżowanych we wnętrzach mieszkań obrazów czy rzeźb, jak w przypadku biennale we wnętrzu lodówki, które urządzili Øleg&Kaśka, filmów w konwencji youtube'owych pranków w wykonaniu Julii Dorobińskiej i Horacego Muszyńskiego czy działań odpowiadających na pandemiczne potrzeby, jak w wypadku szyjącej maseczki Zuzy Golińskiej. Przy okazji pokazała także jedną niekwestionowaną przewagę mediów społecznosciowych nad tradycyjnymi galeriami – łatwość nawiązywania nowych międzynarodowych współprac. Podczas gdy w galeriach wystawy zagranicznych artystów wiążą się z kosztownymi transportami i wypożyczeniami, co wymusza pewną zachowawczość w żonglowaniu nazwiskami, w ramach Self-House Residency zaprezentować się mogli bez przeszkód młodzi artyści z różnych zakątków Europy, dotąd rodzimej publiczności nieznani.
Styl wyświetlania galerii
wyświetl slajdy
Technologie rodem z Doliny Krzemowej mają też mniej przyjazne oblicza, na co w korzystającym również z instagramowych narzędzi projekcie "Origins" zwracała uwagę Justyna Górowska. Przekształcając konstruktywistyczne kompozycje malarskie Henryka Wicińskiego na instagramowe filtry, artystka nadała im funkcję rasowego kamuflażu. Dopasowujące się do twarzy użytkowników abstrakcyjne kompozycje w różnych odcieniach brązu pełnią funkcję nie tylko estetyczną, ale i praktyczną – wyprowadzają w pole algorytmy serwisu, uniemożliwiając im gromadzenie danych na temat rasy użytkowników.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Jan Eustachy Wolski, „bez tytułu”, Bikebrothers – sklep i serwis rowerowy, Tarnów, w ramach „Projektu Okno”, fot. dzięki uprzejmości Fundacji Artystyczna Podróż Hestii
Obrazek
jan-eustachy-wolski-bikebrothers-beztytulu-2.jpg
Końcówka roku i drugi lockdown przyniosły zwrot o 180 stopni w zakresie pomysłów wystawienniczych – nie mogąc otworzyć swoich podwojów jak w czasach przedcovidowych, a jednocześnie dostrzegając wszystkie wady wystaw w formie online, kolejne instytucje postanowiły szukać trzeciej drogi – prezentowania prac na żywo, choć poza regularnymi przestrzeniami ekspozycyjnymi. Popularna stała się artystyczna odmiana "window shopping" – oglądanie wystaw przez przeszklone witryny dostępne dla każdego pieszego lub prezentowanie prac rozproszonych po podwórkach i miejskich zakamarkach.
Szlak przetarty został jeszcze wiosną. W majowy długi weekend w Krakowie, z inicjatywy Izabeli Zawadzkiej i Kamila Kuitkowskiego, odbył się "Pieszymaj" – wystawa w terenie, z pracami przeznaczonymi do oglądania podczas samotnej wędrówki po mieście, w oknach mieszkań artystów, na balkonach i ulicach. Jednym z wizualnych symboli roku stała się też akcja "List", zrealizowana przez grupę artystek i artystów 6 maja, w nawiązaniu do happeningu Tadeusza Kantora z 1967 roku pod tym samym tytułem. Przechodząc przez Warszawę z Poczty Głównej do Sejmu ze stylizowanym na pocztową kopertę ogromnym banerem z hasłem "Żyć nie, umierać", protestowali oni przeciwko planowanym wówczas korespondencyjnym wyborom prezydenckim, zwracając uwagę na towarzyszące im wzmożone zagrożenie epidemiczne.
Pod koniec roku inicjatywy dostępne dla muzealnych bywalców i widzów z przypadku rozpowszechniły się w całym kraju. Poprzez witryny prace prezentowało m.in. Muzeum Sztuki w Łodzi czy Galeria Sztuki Współczesnej w Opolu. W miejsce odwołanych w tym roku Narracji, nastawionych na wspólne przemierzanie miasta wieczorową porą, Instytut Kultury Miejskiej zorganizował minifestiwal sztuki w przestrzeni Gdańska „Sekrety”, zachęcając do poszukiwania dyskretnych artystycznych interwencji rozsianych w bardziej i mniej dostępnych miejscach, od bilbordów pod podwórka. Laureaci ostatniej edycji konkursu Artystyczna Podróż Hestii w ramach projektu "Okno" zrealizowali z kolei szereg indywidualnych prezentacji w lokalach, których sytuację ekonomiczną nadszarpnęła pandemia, w kilkunastu miastach – od Rzeszowa przez Żyrardów po Szczecin.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Suzanne Husky, „La Noble Pastorale (Szlachetny pastorał)”, 2016/2017, gobelin. Dzięki uprzejmości artystki
Obrazek
suzanne-husku-la-noble-pastorale-3.jpg
W przerwie między jednym a drugim lockdownem odbył się jednak w tym roku tak czy owak szereg wystaw, nawet jeśli często w nieco zmienionej lub ograniczonej formie. W przypadku najciekawszych z nich pandemiczne realia uwypuklały jednak ich treść i rezonowały z przygnębiającym nastrojem. Zachęta od września do listopada prezentowała pierwszą polską retrospektywę Joanny Piotrowskiej – czarno-białe fotografie, wysmakowane formalnie, skupione jednak na dwuznacznych i niezręcznych międzyludzkich relacjach, poczuciu niepokoju, którego nie udaje się odegnać nawet w najbardziej przytulnych i pozornie bezpiecznych azylach własnych mieszkań, chcąc nie chcąc nie mogły trafić w lepszy moment.
Styl wyświetlania galerii
wyświetl slajdy
Równie aktualny okazał się "Wiek półcienia" w stołecznym Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Kuratorowana przez Jagnę Lewandowską i Sebastiana Cichockiego wystawa to kolejna w ostatnich latach próba opowiedzenia o katastrofie klimatycznej za pomocą wystawy, proponująca jednak nieszablonowe ujęcie tematu. Wystawa w MSN, nawiązująca do książki dwojga naukowców: Naomi Oreskes i Erika M. Conwaya, opisujących potencjalną mroczną przyszłość będącą efektem kompletnego paraliżu i bezczynności ludzkości wobec znanych aż za dobrze faktów o destrukcyjnych zmianach klimatu, z jednej strony zaproponowała podobnie zdystansowaną, geologiczną perspektywę oglądu sztuki, z drugiej – przemyślenie samych sposobów zrównoważonego przygotowywania wystawy tak, by nie dorzucać kolejnej (drobnej, ale jednak) cegiełki do dewastacji środowiska.
Gdzie są niegdysiejsze sympozja?
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
„Wracając do przyszłości”, widok wystawy, środowisko wystawy według projektu Inside Job (Ula Lucińska, Michał Knychaus), 2020, fot. Marek Lalko
Obrazek
wracajac-do-przyszlosci-inside-job-fot-marek-lalko-4.jpg
Jeśli codzienne funkcjonowanie świata sztuki organizuje się wokół aktywności muzeów i galerii, tak rolę wydarzeń odświętnych pełnią wielkie międzynarodowe biennale i triennale, odbywające się od Wenecji przez Stambuł po Sydney i São Paulo. Dla tak zorganizowanego artystycznego kalendarza wybuch pandemii okazał się mniej więcej tym, czym rewolucja francuska dla kalendarza gregoriańskiego. I choć w tej czy innej formie część z nich się w tym roku odbyła – fizycznie, jak w momencie przygaszenia pandemii w Berlinie czy online, jak w Rydze – rok 2020 stał się okazją do przemyślenia formuły biennale i spojrzenia przychylniejszym okiem na projekty lokalne.
A tak się składa, że w tym roku odbyły się w Polsce dwa wydarzenia sięgające do lokalnych tradycji i stanowiące pewną alternatywę dla nastawionych na show imprez międzynarodowych. We Wrocławiu, z okazji okrągłej pięćdziesiątej rocznicy Sympozjum Plastycznego Wrocław '70, uznawanego za moment narodzin polskiej sztuki konceptualnej, odbywa się wciąż rozciągnięte w czasie Sympozjum Wrocław 70/20. Sięgając do tradycji dawnych sympozjów, organizowanych na tzw. Ziemiach Odzyskanych w latach 60. i 70., łączy ono zarówno historyczne wystawy i nawiązania do niezrealizowanych projektów sprzed pół wieku z całą masą mniejszych wystaw, dyskusji i wydarzeń pokazujących różnorodność artystycznej sceny dzisiejszego Wrocławia.
W podobnym duchu w Zielonej Górze odbyło się jesienią Biennale Zielona Góra, czerpiące z kolei z tradycji tamtejszego Złotego Grona, organizowanego od lat 60. do początku 80., a także Biennale Sztuki Nowej z lat 80. i 90. W jego ramach w Muzeum Ziemi Lubuskiej zainaugurowano stałą wystawę kolekcji Złotego Grona, niezwykle istotnego na przełomie lat 60. i 70., choć dziś nieco zapomnianego. W BWA Zielona Góra pokazano zaś melancholijną wystawę łączącą przeszłość ze współczesnością, czułym okiem patrzącą także na niekoniecznie pierwszorzędne pozostałości historycznych imprez i odnajdującą w nich wartość. W pandemicznym roku tak troskliwe pochylenie się nad przeszłością okazało się o wiele bardziej odświeżające niż frenetyczna produkcja doraźnych komentarzy.