***
Albo jeszcze inaczej. Można też zacząć opowieść o Językach z wody od utraty. Weneckie wideo jest nią wyraźnie przesiąknięte.
Humbaki i kaszaloty, których komunikacja zafascynowała Burską i Kotowskiego, niemalże zostały przez nas utracone. Masowe, niezrównoważone wielorybnictwo przemysłowe – prowadzone mniej więcej do lat 60. XX wieku – doprowadziło do sytuacji granicznej, w której wielu gatunkom groziło unicestwienie. I chociaż w latach 70. zakazano polowań na humbaki (i inne walenie), odrodzenie się populacji trwało przez kolejne dziesięciolecia. Dopiero w drugiej dekadzie XXI wieku humbaki zostały oficjalnie uznane za gatunek, któremu nie zagraża już wyginięcie.
– Proces odbudowy czy odzyskiwania zawsze łączy się z wcześniejszą utratą albo jej ryzykiem – mówi Burska, a Kotowski dopowiada, że wątek utraty łatwo łączy się wątkiem kolonializmu i dyskryminacji:
– Podobnie jak z humbakami było ze wspólnym językiem migowym, którym posługiwali się rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej, zarówno słyszący, jak i głusi – mówi.
Chodzi tu o złożony system znaków, który niemal do końca XIX wieku funkcjonował w międzyplemiennej komunikacji jako swego rodzaju lingua franca. Szacuje się, że jeszcze w 1885 roku, półtora wieku temu, posługiwało się nim ponad 110 tysięcy przedstawicieli rdzennych ludności, między innymi Czejenów, Siuksów czy Kiowa. Używano go w sytuacjach ceremonialnych, handlowych, w życiu codziennym, ale w wyniku europejskiej kolonizacji obu Ameryk, niemal zupełnie zanikł. Dopiero na początku XXI wieku podjęto próby odtworzenia go.
– W naszej instalacji znalazła się też historia, którą usłyszałam, kiedy byłam w Grenlandii – mówi Burska – o próbie odzyskania tamtejszej rdzennej muzyki. W czasach kolonizacji chrześcijańscy misjonarze zabraniali starych obrzędów i grania na bębnie quilaat. Nie było nagrań i zapisów nutowych, więc nie zachowała się dawna muzyka, nikt nie wie, jakie to były melodie. Dziś na nowo buduje się te instrumenty i gra na nich. Ale znajoma Grenlandka opowiadała mi, że kiedy słyszą tę muzykę, czują, że jest częścią ich tożsamości i korzeni.
Języki z wody zostały wybrane do reprezentowania Polski na 61. Biennale w Wenecji spośród prawie stu zgłoszonych projektów. Jurorzy uzasadniali swój wybór: „Zgłębiając język migowy Głuchych i sposoby porozumiewania się wielorybów, stawia pytania o możliwości budowania nowych relacji i wrażliwości, które przekraczają granice niedostępnych sobie światów. Eksperymentując z różnymi formami wypowiedzi, praca poszerza horyzonty wyobraźni społecznej dotyczącej prawa do uczestnictwa we wspólnym świecie”. Artyści z pozornie odległych wątków budują jedną opowieść – utopię. Kiedy jednak pytam ich, czy ich wideoinstalację można zaliczyć do sztuki zaangażowanej albo określić jako inkluzywną, zgodnie odżegnują się od takich określeń.
– To prawda, że głównym tematem tegorocznego Biennale jest oddanie głosu osobom wykluczonym, uznanie ich widoczności, ale my idziemy trochę w inną stronę – mówi Kotowski. – Nie chodzi nam, żeby „komuś coś dać”, ale by pokazać, że najciekawiej jest wtedy, kiedy wszyscy dajemy sobie coś nawzajem.