Koreański szamanizm to kluczowy punkt odniesienia w twojej sztuce, twoja wystawa w HOS Gallery przy okazji Warsaw Gallery Weekend nosiła tytuł "Shaman Woman". Co sprawiło, że w Korei wraz z nadejściem nowoczesności szamanizm nie zamienił się w antropologiczną ciekawostkę, ale jest wciąż żywy nawet w największych miastach?
Niestety stale rośnie liczba szarlatanów, chciwych hochsztaplerów, którzy żerują na tradycji szamanizmu i wraz z jego popularyzacją i modernizacją redukują go do wróżbiarstwa. Za każdym razem, kiedy słyszę lub myślę o koreańskim szamanizmie, pamiętam też o tych niechlubnych jego stronach. W każdym razie szamanizm przez długi czas stanowił ważną część kultury dla koreańskiego społeczeństwa – specyficzny rodzaj szamanizmu wrósł w koreańskie społeczeństwo tak, jak katolicyzm w polskie. I choć był moment, gdy niemal go wytrzebiono, uznając za praktykę przesądną i barbarzyńską, udało mu się przetrwać i przejść suchą stopą przez kolejne kryzysy aż do dziś.
Nigdy nie zajmowały mnie jednak metafizyczne aspekty szamanizmu. Zainteresowałam się nim z powodu prywatnych doświadczeń, zafascynowały mnie też jego społeczne korzenie i niezwykle osobiste historie związane z pierwotną siłą szamanizmu, dzięki której przetrwał on do dziś: życie szamanek (którymi w zdecydowanej większości są kobiety), ich pozycja w koreańskim społeczeństwie, powody, dla których są one ludziom potrzebne. Można powiedzieć, że szamanizm niósł pomoc słabym i nisko urodzonym, którzy wytrwale trzymali się życia, a Mudang, czyli szamanki, pełniły rolę terapeutek i reprezentantek tych mniej uprzywilejowanych. Zaintrygowała mnie więc społeczna rola szamanek, które stanowiły klucz do szczęścia ludzi w czterech fazach życia – narodzin, starości, choroby i śmierci. Zakładając, że pierwotna moc szamanizmu koresponduje z ukrytą mocą sztuki, pracuję z nadzieją, że moja sztuka też ma w sobie ten rodzaj siły. To samo można powiedzieć o samym szamanizmie – istnieje do dziś, bo wielu ludzi wciąż go potrzebuje.