Krzysztof Koehler, fot. Donat Brykczynski/ ZW/Reporter/East News
Były prezenty albo było ich za mało.
Była choinka albo twór choinkopodobny (z plastiku).
Był śnieg albo go nie było.
Były śpiewane kolędy albo "Padmoskiewskije wiecziera".
Był spacer pierwszego dnia albo, z powodu ulewy, siedziało się w domu.
Wszystko jedno, wszystko wtórne, wszystko blakło, bo "Potop" w TVP musiał być zawsze.
Nawet jednak, kiedy rodzice wymuszali spacer (nie da się cały dzień przez święta Bożego Narodzenia wysiedzieć przez telewizorem, tak im się przynajmniej wydawało, my wiedzieliśmy, że się da, jak najbardziej się da), to trzeba było tak pokierować wydarzeniami, żeby – kiedy będą puszczać "Potop" – być przed szklanym ekranem.
Bo "Potop" to był must have Świąt w każdym polskim domu.
Bez "Potopu" Świąt udanych nie będzie.
Wydawało mi się tak do poniedziałku 7 grudnia 2020 do godziny mniej więcej 17:00 czymś absolutnie oczywistym.
Ale kiedy w rozmowie ze studentkami na teamsach (zajęcia online) dowiedziałem się, że one NIGDY NIE WIDZIAŁY "Potopu" – nie powiem, że aż tak to przeżyłem, ale niech będzie dla dobra opowieści – świat mi się zawalił.
Jeśli tylko nie mówiły tego, ot tak, żeby mnie zbyć, bym się nie dopytywał za wiele: naprawdę nastąpiła wielka zmiana pokoleniowa. Albo coś więcej nawet: pewna zasadnicza przemiana antropologiczna w Polsce.
Jeden typ Polaka czy Polki to ten, który się jakoś do Trylogii odnosi (nawet zabójczo krytycznie, jak Stanisław Brzozowski czy Wacław Nałkowski, czy Witold Gombrowicz, czy Przemysław Czapliński, czy moja ciocia Jadzia, moi wujkowie, stryjkowie, babcie i rodzice, ja sam w końcu i moja siostra). I trwa to w polskim continuum od Sienkiewiczowskiego serialu w latach 80. XIX wieku, (bo powieść w odcinkach drukowana w tygodniku to jest właśnie serial) aż po Hoffmanowski film "Pan Wołodyjowski" za Gomułki, "Potop" za Gierka i "Ogniem i mieczem" (film i serial) po transformacji ustrojowej.
Świetnie i inspirująco pisze o przejęciu narracji Sienkiewiczowskiej przez komunistyczny dyskurs wspomniany Przemysław Czapliński. Urabianie masowej wyobraźni Sienkiewiczowską bajką, usadowioną w sarmackiej rzeczywistości, w istocie niezwykle mocno – z mojej perspektywy – ową sarmackość ustereotypizowało, budując pewne historyczne gemutlichkeit dla mieszczańskiej kultury popularnej PRL-u.
Przecież, mam nadzieję, że starsi czytelnicy się ze mną zgodzą: naród we władzy PRL-u, ale i potem jeszcze, prawem bezwładu toczył zażarte spory o Kmicica – Azję – Olbrychskiego (czy GODZI SIĘ, aby Azja był Kmicicem????) albo o Oleńkę – czy Małgorzata Braunek się nadaje na Oleńkę, przecież chyba raczej nie! A Izabela Scorupco? No, nie! Co to za pomysł w ogóle!
Kiedy tamte debaty o Kmicica się toczyły, musiałem chodzić do podstawówki, a pamiętam je bardzo dobrze, nawet więc do nastolatka one docierały! Nie mówiąc już o niezwykłej ekscytacji, kiedym do kina na "Potop" poszedł (chyba z rodzicami na jakimś pokazie dla zakładu pracy); i zauroczony byłem, w czasach gierkowskich pewnie musiało to wyglądać egzotycznie, jedną sceną, sam się sobie dziwię, kiedy to Kmicic wbija widelec w ogromną szynkę w gościnie w Wodoktach, odcina grupy plaster i zajada ze smakiem.
Przecież taką szynkę to tylko na filmach można było widzieć!
Słodkie, syte, zadzierżyste sarmackie czasy!
I te dworki śniegiem przyprószone, i ten kulig końcowy…
Ech!!!
Co roku rytuał powtarzający się oglądania "Potopu" jakoś pewnie nas wszystkich, jak chce Czapliński, formatował, no, ale też jednak wokół Trylogii jakąś wspólnotę budował.
A te teraz, studentki, już nie są włączone w ów krąg repetycji.
Dobrze to? Źle to?
Koniec nieodwołalnie nastąpił, może koniec się zbliża.
Pewnej epoki.
Czyli nowej początek?