"Przyjechało dwóch frajerów z Polski, siedzą w domu u Japonki, która ciągle jest zajęta albo jej nie ma, i pragną o niej zrobić film" – tak Marcin Koszałka wyjaśniał na planie ideę swego pomysłu. Ten specjalista od opowieści o śmierci i rodzinnych traumach, w 2006 roku zrealizował autotematyczną komedię pomyłek o podróży i zderzeniu kultur.
Jego "Cały dzień razem" to opowieść o polskich filmowcach, którzy chcą nakręcić dokument o japońskiej kobiecie, gospodyni domu, w którym mieszkają. Ona, wychowana w innej kulturze, skromna i wycofana, stara się za wszelką cenę pozbyć ich zainteresowania i skierować ich uwagę na okoliczne turystyczne atrakcje. Obie strony prowadzą więc grę, w której kluczową rolę odgrywają kulturowe i językowe bariery uniemożliwiające jakiekolwiek porozumienie.
Koszałka robił z tej historii znakomitą komedię – śmiał się z siebie, kulturowych ograniczeń i wzajemnych nieporozumień, a by uczynić widza częścią tej historii, dużą część japońskich dialogów pozostawiał bez tłumaczenia. I choć "Cały dzień razem" nie był najlepszym filmem w dorobku tego znakomitego dokumentalisty, z pewnością był najzabawniejszym z jego obrazów.
"Gwizdek" Grzegorza Zaricznego