W mościckim Parku im. Eugeniusza Kwiatkowskiego stoją też rzeźby Marcina Zarzeki, przedstawiające nigdy niezrealizowane projekty Jan Głuszaka, pseudonim Dagarama. Ten twórca projektów miast przyszłości, "kosmita na własny użytek", jak sam o sobie powiedział, projektował megajednostki dla milionów mieszkańców, stacje kosmiczne, pływające miasta na oceanach. Dla rodzinnego miasta zaprojektował Klub Koniczynka rodem z filmów sci-fi. Wykreował własną koncepcję miasta idealnego – Humanopolis.
Umarłe klasy
Widok z wieży tarnowskiego ratusza na dzielnicę żydowską, 1913 Kolekcja Marka Tomaszewskiego, Tarnów
Wróćmy do centrum Tarnowa, a w zasadzie do nieistniejącej już dzielnicy żydowskiej. Do II wojny światowej Żydzi stanowili niemal połowę mieszkańców Tarnowa. Ostatni przewodniczący tarnowskiej gminy żydowskiej Abraham Chomet wspominał: "Być może, że było to jedyne miasto w Rzeczypospolitej, w którym w Radzie Miejskiej obywatele różnych narodowości i religii pracowali w pokoju i harmonii dla dobra ogółu". Miasto było z jednej strony silnym ośrodkiem chasydyzmu, z drugiej syjonizmu. W Tarnowie mieszkał Mordechaj Dawid Brandstaettera, ceniony pisarza nowohebrajski. Jego wnuk, Roman Brandstaetter, był już z kolei polskojęzycznym pisarzem katolickim, autorem dramatów historycznych.
Tarnowski rodowód ma "Umarła klasa" Tadeusza Kantora, w tamtejszym gimnazjum imienia Kazimierza Brodzińskiego Kantor zdawał maturę. Z jednej strony dzieło to w swej uniwersalnej wymowie traktuje o niemożności powrotu do przeszłości, z drugiej Kantor wpisał w nie tragedię Zagłady. Jan Bielatowicz, rówieśnik Kantora, który uczęszczał do tego samego gimnazjum w opowiadaniu "Polihymnia. Zjazd maturzystów" pisanym wiele lat po wojnie w Londynie zrekonstruował swoją szkolną klasę na pograniczu jawy i snu. Starszy od nich o dekadę Mieczysław Jastrun, absolwent tego samego gimnazjum, pisał w latach 70.:
Idę główną ulicą miasta T. Poznaję każdy prawie dom, każde załamanie w perspektywie ulicy. Wszystko to niby dobrze znane, bliskie i zarazem obce i dalekie. Nic, nic, ani jednej twarzy znajomej. Tylko w uliczce, która zbiega w dół obok wilgotnego muru licealnego, wysoki szum kasztanów przyjął mnie dreszczem dawnej tęsknoty. I zdawało mi się, że widzę naocznie, jak nakładają się na siebie dwa moje czasy. Wszedłem chwiejąc się, niepewny, po wąskiej granicy tych dwu czasów. W jakiejś chwili na jakimś placu poczułem się jak gdyby wystawiony na grad kamieni tych wszystkich otaczających mnie domów. Czyż jadąc tu mogłem się spodziewać, że te niezmienne, lecz tylko jakby nieco mniejsze i brzydsze domy będą mnie tak boleśnie kamienować swoim martwym i ciężkim milczeniem?