Kilka lat temu mówiłeś, że Warszawie czujesz się imigrantem ze wschodniej Polski. Wciąż tak to widzisz?
Może nawet bardziej niż kiedyś. Bo rzeczywistość bardzo przyspieszyła i coraz trudniej się w niej znaleźć. Warszawskie życie trochę mi się wymyka. A czasem nawet przeraża tempem zdarzeń.
W małych miejscowościach, jak ta, z której pochodzę, łatwiej o dystans wobec świata. Tam czas płynie wolniej. Lubię myśleć o sobie jako człowieku z prowincji. Wtedy łatwiej mi wytłumaczyć sobie własną dezorientację. Może w ogóle to jest taka wymówka. Usprawiedliwiam nią fakt, że coraz trudniej przychodzi mi ogarnianie rzeczywistości.
Mieszkałeś w Gdańsku, Krakowie, Białymstoku, Katowicach… Czy tam czułeś się u siebie?
Nie, byłem tymczasowym gościem. Dobrze się tam czułem, ale to nie był mój dom. Nim jest i pewnie pozostanie Łomża.
W niej wciąż jesteś u siebie?
Tak. Nawet jeśli towarzyszy temu element wykorzenienia, bo nie ma już moich miejsc, moich ludzi, miasto się zmieniło, a czas nie stoi w miejscu.
Łomża jest dla mnie po prostu bezpieczna. Łatwo jest być stamtąd, bo nikt tak naprawdę nie wie, gdzie to jest.
Twoi bohaterowie są zawsze uwięzieni: między obczyzną i domem, między Polską i Irlandią, między homoseksualizmem i heteroseksualizmem. Skąd ta słabość do bohaterów zakleszczonych "pomiędzy"?
Nie chcę, żeby to brzmiało pompatycznie, ale ja sam najlepiej czuję się w podróży. To dla mnie taki czas wykradziony, moment, kiedy wszystko się może jeszcze zmienić.
Nie lubię przynależności. Przez pierwszych kilka lat życia wychowywał mnie głównie dziadek. Przez całe życie był rolnikiem i choćby za sprawą historii towarzyszyła mu świadomość, że w każdej chwili ktoś może przyjść i zabrać ci to, co masz. Może kazać ci się przenieść. Więc nie warto się z niczym emocjonalnie wiązać.
Poza tym dorastałem w dużej rodzinie. W domu było dosyć biednie, więc jako dzieci nie mieliśmy wielkiego przywiązania do rzeczy, przedmiotów, ani nawet miejsc. Kiedy rodziła się kolejna siostra, to było jasne, że trzeba będzie przenieść się do innego pokoju i zrobić miejsce dla niej. Być może to dlatego wciąż nie umiem się za bardzo przywiązywać... no chyba że do ludzi
Co ci daje to poczucie tymczasowości?
Kiedy jest się z zewnątrz, można widzieć ostrzej. Dla reżysera, a na pewno dla scenarzysty, to ważna umiejętność. Dzięki temu można patrzeć na świat ze świeżością, którą traci się, kiedy oswoi się jakiś kawałek rzeczywistości.