Autorka przygląda się tej rzeczywistości z nieoczywistej perspektywy – skupiając się na dokumentowaniu ludzkiej pracy i natury. W kolejnych scenach obserwujemy spracowane, przebarwione dłonie człowieka zajmującego się farbowaniem materiałów, szwaczki wyszywające piękne, kwieciste wzory, niewielkie wozy ciągnięte przez osiołki, wszechobecne motocykle przemierzające zakurzone ulice. "A Song of Humble Beauty" pozbawione jest lektorskiego komentarza, a filmowi bohaterowie nie opowiadają nam swoich historii – w ich imieniu przemawia obraz, zmontowane ze sobą ujęcia, które – jak w arcydzielnej trylogii "Quatsi" Paula Reggio – zachwycają plastyczną urodą, ale jednocześnie skłaniają do gorzkich refleksji o klimatycznych i geopolitycznych przemianach.
Stary, wspaniały świat
Pomysł na filmową wyprawę do Pakistanu zrodził się jesienią 2023 roku. Właśnie wtedy Waheeda Baloch, kuratorka Karaczi Biennale, największej międzynarodowej wystawy sztuki w Pakistanie, zaprosiła Annę Konik na gościnne wykłady, a w lutym 2024 roku polska artystka odwiedziła największą pakistańską metropolię.
To był pierwszy moment, kiedy mogłam dotknąć przestrzeni Pakistanu, poczuć inną kulturę, inaczej spojrzeć na czas, na kolory, odczuć zupełnie nową energię… – wspomina autorka. –- Wszystko to, co zobaczyłam w Karaczi, wydawało się zaprzeczeniem homogeniczności, z którą oswaja nas europejska kultura."
Wizyta stała się punktem wyjścia do filmowego projektu. Kilka miesięcy później autorka powróciła do Pakistanu, by zrealizować esej poświęcony lokalnej kulturze, a zwłaszcza pracy i ludziom. Realizacja filmu rozpoczęła się w lipcu, a prace montażowe zakończyły się w październiku2024 roku.
To była szansa na przyjrzenie się społeczeństwu pakistańskiemu i porzucenie europocentrycznej perspektywy, z której zwykle opowiada się o tym regionie" – mówi autorka.
Wraz z operatorką filmu, Józefiną Gocman-Dicks, pojechała więc do Pakistanu, by tam obserwować lokalną kulturę i wytworzone przez nią reguły społeczne.
Liczące ponad 25 milionów mieszkańców Karaczi to miejsce, gdzie znajdują się jedne z największych slumsów świata, Orangi Town. W tej przesrzeni panuje ciągły ruch, który – inaczej niż w Europie – nie ma jednego, określonego kierunku. Dla Europejczyka sprawia on wrażenie chaosu, ale jednocześnie ma w sobie uwodzicielską energię. Inne jest tempo poruszania się, inne poczucie czasu. Zupełnie inny wymiar ma tutaj religia, społeczne podziały, czy role płciowe".
Właśnie płeć wydawać by się mogła jednym z podstawowych problemów, który stanowić może barierę dla polskich artystek odpowiedzialnych za "A Song…". W silnie patriarchalnej, muzułmańskiej społeczności ekipa złożona z europejskich kobiet, musiała bowiem skupiać na sobie uwagę miejscowych mieszkańców.
Nasza płeć nie była problemem – przekonuje autorka. – Rejon Sindh jest miejscem bardzo gościnnym i życzliwie nastawionym wobec przybyszów. Ani przez chwilę nie czułyśmy, że jakiś fragment rzeczywistości jest dla nas niedostępny, bo jesteśmy kobietami. Kiedy wcześniej odwiedzałam Allahyar, zakrywałam włosy, zakładałam chustę i koszule z długimi rękawami. Nie dlatego, że ktoś to wymuszał, ale że to znak poszanowania dla kultury i tradycji. Dzięki temu łatwiej było mi rozmawiać z ludźmi czy uczestniczyć w ich codziennych czynnościach".
W Pakistanie, będącym w gruncie rzeczy państwem policyjnym, wizyta artystki odbywała się za wiedzą i aprobatą lokalnych władz. Aby móc odbyć podróże do Hala, Bhit Shah i Mirpurkhas, autorka filmu musiała występować o wydanie oficjalnego pozwolenia, a przejazd do kolejnych miejscowości odbywał się w eskorcie policji. Powodem tego była niezwykła ostrożność władz, potęgowana faktem, że w regionach graniczących z Afganistanem dochodzi do regularnych ataków terrorystycznych. "Władze nie chciały narażać nas na niebezpieczeństwo, ale podczas codziennych podróży miejscowi mieszkańcy byli bardzo otwarci i z chęcią zapraszali nas do swojego świata" – komentuje Konik.
Trylogia wykluczonych