Po warszawsku z myszką

Restauracja "Pyzy i flaki gorące", Warszawa, fot. Kuba Atys / AG
Jesteś w stolicy i nie spróbowałeś nigdy dań warszawskiej kuchni? Wstyd! Za pysznymi pyzami, delikatnymi cynaderkami czy aromatycznymi flaczkami po warszawsku, o których z namaszczeniem pisał Wiesław Wiernicki w książce "To były knajpy!", trzeba się co prawda nachodzić, ale znajdzie się. Najlepsze i przystępne cenowo w stylu takich, jak "od zawsze" serwowano na przenośnych stoiskach na bazarze Różyckiego, podają właśnie na Pradze, zaraz przy samym bazarze. Obowiązkowym punktem wycieczek według czołowego warszawskiego recenzenta Macieja Nowaka, powinien być barek pod nazwą Pyzy i flaki gorące. W recenzji co prawda odnotował, że najchętniej ukryłby go przed wszystkimi i bywał tam wyłącznie w gronie najbardziej zaufanych przyjaciół, ale z obowiązku wydaje go "na żer". Flaki podawane są tak, jak nakazywała legendarna autorka książek kucharskich, czyli Lucyna Ćwierciakiewiczowa – z pulpetami i tartym serem. Wszystkie rodzaje klusek, czyli pyzy, kopytka, przecieraki, kluski śląskie, są robione ręcznie i bogato okraszone bogato boczkiem i kiełbasą. A może wątróbka z malinami i śliwkami? Wszystkie dania podawane są w słoikach, jak ongiś na bazarze. Każde kosztuje jedynie 12 złotych!

Wnętrze restauracji "Mistrz i Małgorzatka", Warszawa, fot. Bartosz Bobkowski / AG
Od ponad czterech dekad na Czerniakowie karmi Mistrz i Małgorzatka (przy ul. Czerniakowskiej). To specyficzny bar, o którym zwykło się mawiać, że jadają w nim głównie mężczyźni - podobno zresztą tutaj mają pierszeństwo przed kobietami. Opisując koloryt przedwojennej dzielnicy Maciej Nowak dodaje, że "Czerniaków pełni szczególną rolę w dziejach i współczesności warszawskiej gastronomii. Przed wojną nocami do tutejszych spelunek (...)przemieszczało się rozbawione eleganckie towarzystwo z centrum pragnące zaznać cwaniackiego folkloru". W Małgorzatce prócz polskiej klasyki obiadowej (rosół, barszcz, schabowy i kotlet mielony), karta ma sporo podrobów. Mniej więcej za 10 zł można spałaszować dudki cielęce, czyli płucka w białym barszczu. Są cynaderki w sosie, bywają peklowane ozorki wieprzowe, flaki i żołądki drobiowe. Amatorów na podroby, mimo zmieniających się mód, nie brakuje. Rosół z wkładką mięsną w Małgorzatce podają z makaronem robionym na miejscu.
Kto pragnie zaznać warszawskiej atmosfery sprzed 40 lat, a nie ma czasu jechać ani na Pragę, ani na Czerniaków, może odwiedzić legendarną restaurację Lotos i zamówić zestaw obiadowy za 17 złotych. Położona przy Trakcie Królewskim (Belwederska przy Chełmskiej) działa od ponad pół wieku, a dwie obszerne sale utrzymane w "nostalgicznym stylu lat 70-tych ubiegłego wieku" i aż proszą się, by zamówić tu śledzia, rosół i schabowego. Wypada mieć nadzieję, że polecanie restauracji Lotos na obiad, zamiast na setę i galaretę, nie zostanie odebrane przez rdzennych warszawiaków jako afront.
W reaktywowanej w 2014 r. klubokawiarni Jaś i Małgosia przy al. Jana Pawła II łączy się gastronomię z kulturą. Odbywają się cykliczne wydarzenia kulturalne i imprezy. Ale też karmią - domowo. W menu, które zostało przygotowane we współpracy z szefem Aleksandrem Baronem, pojawiają się nuty nawiązujące do PRL-u (np. zupa ogórkowa czy bitki wołowe), ale też i nowocześniejsze (krem z pieczarek i filet z dorsza w sosie cytrynowym z kolendrą). W sympatycznym, ciepłym wnętrzu na głodnych czekają dwudaniowe zestawy obiadowe składające się z zupy i drugiego dania (za 20 zł). Porcje są duże, sycące. Przypomnijmy, że Jaś i Małgosia przed metamorfozą była przez wiele lat jedną z najbardziej znanych warszawskich kawiarni.
W barze mlecznym i nie tylko

Bar "Prasowy", Warszawa, fot. Franciszek Mazur / AG
Nie sposób nie wspomnieć o barach mlecznych, bo jak i w innych miastach, jest tu na nie spore zapotrzebowanie - dwudaniowy obiad jarski można zjeść poniżej 10 złotych. W najsłynniejszym chyba Prasowym, który przeszedł lifting wnętrza przy Marszałkowskiej przy zupie za 3 zł, fasolce po bretońsku za 5 zł jadają osoby w najprzeróżniejszych wieku i różnych profesji – od studentów, przez pracowników biur i korporacji, do urzędników pobliskiego MSZ. Jako jeden z najtańszych i najlepszych barów mlecznych reklamuje się Familijny przy Nowym Świecie, w którym jedzenie zdarza się zajadać z oldksulowych talerzy z napisem PSS Społem. Gdy w kieszeni naprawdę doskwiera pustka, to pomidorówkę z makaronem i naleśniki z serem zje się tu już za 7 zł. Podobnie tani jest nieduży, ale uważany za kultowy bar mleczny Rusałka w pawilonie na warszawskiej Pradze (ul. Floriańska). Wystrój wnętrza przypomina poprzednią epokę: obite boazerią ściany, kwadratowe stoliki przykryte blatem z szyby, obsługa za kasą w fartuszkach, a pod sufitem mocne jarzeniówki. Podobnie czas zatrzymał się w miejscu na Ochocie w barze mlecznym Biedronka, który mimo to ma fanów nawet wśród młodszych peselem klientów. Użytkownicy portali społecznościowych cenią też bar mleczny Bambino przy ul. Kruczej, którego wnętrze jest już bardziej moderne (sam bar działa od lat 1960-tych). Jeszcze dłużej, bo ponoć od 1952 r., karmi warszawiaków bar mleczny Złota Kurka przy ul. Marszałkowskiej. Często trzeba w nim czekać na wolne miejsce. Złota Kurka, idąc z duchem czasu, ma stronę internetową także w języku angielskim i akceptuje płatności kartą. Za to wystrój i talerze, na których podaje się jedzenie, trącą myszką.
Również i bar Leniwa Gospodyni przy ul. Nowowiejskiej (istnieje od 1994 r.) ma swoich wiernych fanów. Specjalizuje się w daniach kuchni polskiej ale – uwaga - gotowanych z zachowaniem orientalnej zasady pięciu przemian. Menu jest bardziej nowoczesne niż w typowym barze mlecznym.

Widok restauracji "Czerwony Rower", Warszawa, fot. Adam Stępień / AG
Na uwagę zasługuje też Czerwony Rower przy Targowej na Pradze. Gotuje się w nim nie tylko typowe polskie dania obiadowe, ale czasami i bardziej pomysłowe. Zdarza się zupa z topinamburu, z kurczakiem i jarmużem, zupa ogonowa czy królik w śmietanie – to wszystko odpowiednio za parę bądź paręnaście złotych. Czerwony Rower powstał jako rozwinięcie wcześniejszej działalności Stołówki Stowarzyszenia Otwarte Drzwi dla osób ubogich. Wnętrze jest proste, ale przyjazne. W kuchni podopieczni Stowarzyszenia gotują proste, domowe jedzenie bez vegety i innych polepszaczy smaku. Łączy się tu resocjalizację i reedukację poprzez pracę. Zysk ze sprzedaży jedzenia wspiera osoby potrzebujące pomocy. Podsumowując – jesz i pomagasz innym.
Pierogi z różnych stron świata

Restauracja "Skamiejka" i właścicielka Tamara Skamiejka, fot. Sławomir Kamiński / AG
Pierogi to jeden z ulubionych „comfort foodów” Polaków, który nigdy się nie znudzi. Szczęśliwie pierogowa oferta od dobrych kilku lat lat wykracza poza evergreeny kuchni polskiej. Przykładowo, w różnych częściach miasta karmią pierożkarnie w stylu azjatyckim. Jest niedrogo, smacznie i egzotycznie. W ToTu (Saska Kępa, Kabaty, Żoliborz, Gocław) porcja chińskich pierożków jiaozi, podawanych w bambusowym koszyku to wydatek rzędu kilkunastu złotych. Sukces odniósł Parnik, który też ma już kilka miejscówek np. przy Chmielnej. Pierożki mają cienkie ciasto, a w menu figuruje kilkanaście rodzajów. Porcja kosztuje 13-14 zł, do tego miska zupy ostro–kwaśnej za ok. 5 zł. Często trzeba odstać swoje w kolejce. W podobnym przedziale cenowym zje się w Parowozie przy ul. Kruczej.
Manty to nie tylko nazwa pierożków gotowanych na parze, ale też szybkaj restauracja uzbecka przy ul. Elektoralnej, która się w nich specjalizuje. To dobre miejsce na szybki lunch. Na sutą porcję pierogów i sałatkę, czeka się zaledwie kilka minut. Z kolei w Tsong Kha Momo przy al. Jana Pawła II można poznać smak tybetańskich pierożków momo, które również gotowane są na parze i podobnie kosztują kilkanaście złotych za porcję.
W restauracji Skamiejka na Pradze, prowadzonej od lat przez Panią Tamarę, warto przysiąść na dłużej. To intymna i niedroga miejscówka z rosyjską muzyką w tle, ze wschodnią atmosferą. W granicach 20 zł dostanie się talerz gorących rosyjskich pielmeni, podawanych ze śmietaną i octem albo gruzińskich chinkali. Wszystko powstaje tu jako ręczna robota. A może jeszcze talerz sycącej zupy solianki bądź ukraińskie wareniki?
Wegetariańsko

Bar Tel Aviv Food & Wine, fot. Jacek Marczewski / AG
Amatorzy kuchni roślinnej i bezglutenowej apetyty zaspokoją w Wege Miasto przy al. Solidarności. Jedzenie jest smaczne i ciekawe, a w porze lunchu dostępne są zestawy obiadowe w cenie ok. 25 zł. Porcje są duże, a połączenia smakowe nieszablonowe, dopracowane i pomysłowe. Opinie, że to najlepsza wegetariańska miejscówka w mieście, wcale nie są rzadkie. Z kolei niewielki Lokal Vegan Bistro działa przy ul. Kruczej, a włada nim Spółdzielnia Socjalna Margines. Podają tu domowe dania w wersji wege. Na przykład zamówić można np. wegetariańskiego kotleta „schabowego” lub wegetariański rosół "z kury". Część potraw dostępna jest w opcji bezglutenowej. Wegańskie risotto kosztuje ok. 20 zł, podobnie np. kotlety z kaszy gryczanej z pieczonymi warzywami (marchewką, pietruszką) oraz kiszoną kapustą. Porcje są bardzo duże. Inna restauracja wegetariańska Tel Aviv Food & Wine przy ul. Poznańskiej działa od kilku ładnych lat. Powstała z fascynacji izraelskim street foodem i samym Tel Avivem – dlatego ściany zdobią panoramy tego miasta. O swoim zespole piszą, że tworzą go ludzie zaangażowani w świadomy i zrównoważony tryb życia. I choć restauracja aspiruje do wegańskiego fine diningu, to w porze lunchu można tu posilić się dwudaniowym zestawem za 24,90 zł. Dania są wegetariańskie, bezglutenowe i bezcukrowe. A może wegański burger? W lokalu Krowarzywa często ustawiają się po nie kolejki. Kotlety zamiast mięsa są robione z warzyw lub zbóż. Majonez i ser są zastępowane odpowiednikami wegańskimi.
Bliski Wschód

Bejrut Falafel, Warszawa, fot. Franciszek Mazur / AG
Skoro mowa o klimatach bliskowschodnich, to może na lunch do Shipudei Berek na ul. Jasnej? Tu też specjalizują się w kuchni izraelskiej, a od poniedziału do piątku na głodomorów czekają zestawy lunchowe poniżej 20 zł: wybrana przystawka, danie główne, dodatek i deser. Hummus, izraelska pizza, shipud z jagnięciny, grillowane i aromatyczne warzywa. Prosto, dużo, tanio i smacznie. W Beirucie przy Poznańskiej można wybrać coś z arabskich smaków – w ofercie lunchowej może znaleźć się np. tadżin albo falafel, szakszuka lub kofta. Jeden z lepszych falafeli w bardzo przystępnej cenie podają w Bejrut Falafel przy ul. Moliera i Nowolipki. Po falafelowe sandwiche wypełnione rozmaitymi dodatkami ustawiają się często pokaźne ogonki. W każdym daniu jest świeża kolendra, pietruszka, mięta i sos tahini. Od dekady smaczymi kebabami karmi Amrit Kebab. Do wyboru są tutaj placki z dużymi porcjami kurczaka czy wołowiny. Kosztuje toto niewiele ponad 10 zł. W menu znajdziemy także inne, większe dania. Amrit Kebab działa w kilku lokalizacjach.
Daleki Wschód
Czasy, w których jedyną propozycją na azjatycki lunch był tzw. chińczyk z budki, chyba już odeszły w niepamięć. W stolicy działa coraz więcej lokali w stylu bistro z kuchnią dalekowschodnią proponującą za przyzwoite pieniądze coś więcej niz kurczaka w cieście kokosowym z sosem słodko–kwaśnym. Nie brakuje autentycznej kuchni wietnamskiej, tajskiej, japońskiej, a ostatnio też koreańskiej. Część z tych miejsc karmi po niewygórowanych cenach.
Stacjonarną przystań na Saskiej Kępie znalazło niedawno Viet Street Food Bistro, kojarzone do tej pory z nazwanym tak popularnym food truckiem, serwującym wietnamskie bagietki banh mi. Malutkie bistro to zaledwie kilka stolików, domowy wystrój z pazurem azjatyckiem, pyszne jedzenie i niskie ceny. Prócz wspomnianych bagietek bánh mi z długo pieczonym boczkiem, wietnamskim pâté lub smażonym tofu, w krótkiej karcie figuruje bánh gio, czyli gotowana na parze wietnamska "bułka" z ciasta ryżowego, nadziewana wieprzowiną i grzybami mun. Bułka z dodatkami kosztuje 12 zł, a dania np. z woka poniżej 20 zł. To samo dotyczy banh mi czy zupy pho bo.
Du-za Mi-ha to sieć szybkich barów azjatyckich z niewyszukanym azjatyckim jedzeniem. Bardzo tanio, bo już za kilkanaście złotych, zjeść u nich można sporą porcję zupy pho w rozmaitych wydaniach – od wołowiny, przez wieprzowinę i kurczaka po kaczkę, seafood czy pierogi wonton. Specjalizują się także w smażonych makaronach z woka. W sumie kilkadziesiąt pozycji w karcie. Cena najdroższego dania nie przekracza 20 złotych.

Shabu Shabu, Warszawa, fot. Agata Grzybowska / AG
Z kolei Shabu Shabu to restauracja typu hot pot, w której posiłek przyrządza się praktycznie samodzielnie. Każdy dostaje kociołek z bulionem, potem dobiera sobie składniki, które następnie sam dorzuca do kociołka. Właścicielką lokalu jest córka wietnamskich imigrantów, która wychowała się już w Warszawie. Za sam bulion zapłacimy ok. 5 zł, z kolei ceny dodatków wahają się w granicach 1-5 zł. Można się najeść, nie przekraczając 20 zł. Najlepiej przyjść tu jednak ze znajomymi bo kociołkowa postać posiłku zaprasza do wspólnego biesiadowania. Omami to lokal z głównie japońską kuchnią. Działa przy Kruczej. Karmią tu ramenami, hirata buns (bułkami gotowanymi na parze, nadziewanymi np. kaczką, krewetkami, boczkiem, grzybami shiitake). W porze lunchu można zjeść dwudaniowy posiłek z tzw. azjatyckiej kuchni fusion składający się z zupy jako pierwszego dania i curry, czy dania typu stir fry z woka. Ceny: między 20 a 25 zł.