Babcia reżysera
Scena z przedstawienia „Lalka” w reżyserii Mikity Iłinczyka, Teatr Dramatyczny im. Gustawa Holoubka w Warszawie, 2026, fot. Karolina Jóźwiak/Teatr Dramatyczny im. Gustawa Holoubka
Wszystko zaczęło się od babci reżysera, do 1939 roku obywatelki Polski, która po wojnie poślubiła żołnierza Armii Czerwonej. To jej wysłużony egzemplarz Lalki z podkreśleniami Iłinczyk odnalazł w rodzinnej biblioteczce. Krewną-widmo, od czasu do czasu pojawiającą się na scenie i wygłaszającą opinię na temat reżysersko-dramaturgicznej interpretacji, znakomicie odgrywa w warszawskim przedstawieniu Małgorzata Niemirska.
Bohaterka – pochodząca jakby z zupełnie innego porządku, na co wskazuje nawet jej historyzowany kostium – nie tylko zwraca uwagę na zmianę tego, co mieści się w sztywnie wyznaczonej kategorii polskości, ale staje się też niejako strażniczką określonej wizji inscenizacyjnej. Postać Niemirskiej często komentuje to, co przed chwilą wydarzyło się na scenie, przykładowo w całkiem zabawnych fragmentach z Ignacym Rzeckim (Piotr Siwkiewicz), któremu w pewnym momencie każe nawet wypowiadać monologi Wokulskiego, gdy sama wciela się w Izabelę Łęcką. To znaczy: w swoje wyobrażenia na temat tego, kim Łęcka jest i w jaki sposób powinna się zachowywać.
Bo samej Łęckiej, granej tu intrygująco przez Martę Ojrzyńską, protagonistka Niemirskiej zarzuca, że jest za mało filigranowa, kokieteryjna, znacznie starsza niż postać z książki i nie ma blond włosów. Na dodatek, bohaterka Prusa oprowadza tutaj wycieczki po muzeum sztuki współczesnej, przedstawiając feministyczne interpretacje eksponatów, i ubolewa nad tym, że jej kompanki wolałyby w tym czasie brylować w towarzyskim salonie, adorowane przez zamożnych mężczyzn. Sama o sobie mówi natomiast, że jest reliktem minionej liberalnej epoki, w której to emancypacyjne dążenia wyznaczały horyzont pragnień.
Warszawska Lalka bardziej niż na romantyczno-toksycznej miłości skupia się jednak na napędzanej zemstą klasowej dynamice, kapitalizmie, postępującym rozpadzie liberalnej Europy i wiecznie żywym rosyjskim imperializmie.
Nie zobaczymy tu więc umierającego z nieszczęśliwego pragnienia miłosnego Wokulskiego (mroczny Marcin Bosak) ani nawet za bardzo intymnych scen między nim a Łęcką. Relacje interpersonalne są w tym świecie przede wszystkim transakcjami, dzięki którym można próbować utrzymać albo potwierdzić swój społeczny status. Dlatego, nawet gdy pod koniec pierwszej części spektaklu w widowiskowym szale Wokulski uderza bukietem róż o scenę, to mam wrażenie, że na skraj rozpaczy doprowadziła go nie odmowa Łęckiej, ale raczej niemożność poradzenia sobie ze swoją porozdzieraną i niedającą się skleić tożsamością – powstańca i dorobkiewicza pragnącego akceptacji ze strony wyższych sfer, jeszcze Polaka, a może już wcale nie.