Dla twórców filmów familijnych jest to całkiem dobra wiadomość. Mają oni bowiem szereg przewag, które czynią ich faworytami w wyścigu o dostęp do kinowych ekranów i portfeli publiczności. Jedną z nich jest – na szczęście – ich rosnąca jakość. Współcześni twórcy wiedzą, że młoda publiczność nie pozwala się nabierać na byle co, z łatwością wyczuwa fałsz i cynizm. Wystarczy rzut oka na hollywoodzkie produkcje kierowane do młodych widzów, animacje Pixara czy innych wielkich studiów, by dostrzec, że ich uśredniony poziom jest o wiele wyższy niż uśredniony poziom produkcji kierowanych do dorosłej publiczności.
Współczesne polskie kino familijne także tworzone jest z coraz większą pieczołowitością i uwagą. Takie filmy jak zrealizowane osiem lat temu "Za niebieskimi drzwiami" Mariusza Paleja, "Tarapaty" Marty Karwowskiej, wspomniany już "Za duży na bajki" Rusa czy "Detektyw Bruno" Mariusza Paleja i Magdaleny Nieć pokazują, że producenci kina familijnego coraz chętniej stawiają na jakość i traktują z szacunkiem młodego widza, inwestując w proces rozwoju i doskonalenia scenariuszy.
Po latach rzewnego wspominania PRL-owskich klasyków, czyli przygodowych opowieści Stanisława Jędryki i wspaniałych filmów Janusza Nasfetera ("Motyle") mistrzowsko chwytającego wrażliwość swoich nastoletnich bohaterów, dziś polskie kino znów dostarcza młodej publiczności filmy, które uwrażliwiają na najważniejsze społeczne problemy (od ekologii po niepełnosprawność), uczą ich bez pouczania i nawet najmłodszym widzom pozwalają mierzyć się z tematami tak poważnymi jak odchodzenie bliskich, miłość czy dorastanie. Być może już za kilka lat twórcy tacy jak Mariusz Palej, Kristoffer Rus i Maciej Kawulski staną się dla dzisiejszych dzieciaków takimi samymi klasykami, jakimi dla moich rówieśników byli Krzysztof Gradowski (seria o Panu Kleksie) czy Janusz Łęski ("Janka").