Karol Palczak, "Snowman III", olej na desce, 15 x 11 cm, 2016
Ale na akademii w przeciwieństwie do wcześniejszych szkół zostałeś do końca.
Bo poznałem tam wielu wspaniałych przyjaciół, świetnych artystów z Potencji, czyli Karolinę Jabłońską, Cyryla Polaczka i Tomasza Kręcickiego (Potencja to tworzona przez galeria i grupa artystyczna związana z Krakowem – przyp. red.) czy Bartłomieja Radosza. A także wielu profesorów, ale co z tego, skoro na akademii rozgranicza się malarstwo od technologii, poprawiając najwyżej błędy w anatomii i kompozycji. Akademia nie daje żadnych narzędzi. Technologii przez pięć lat musiałem się uczyć praktycznie sam.
A jak odnalazłeś się poza akademią? Skoro wcześniej nie widziałeś na żywo żadnych obrazów, co cię zainteresowało, kiedy w końcu zacząłeś bywać na wystawach?
Najciekawsze były dla mnie wycieczki, np. do Wiednia czy Amsterdamu. Do Holandii wyjechałem na pewien czas do pracy i kiedy odłożyłem pieniądze, wybrałem się do Rijksmuseum. Kiedy zobaczyłem Vermeera na żywo, to było niesamowite. Patrząc na "Mleczarkę" miałem wrażenie, że farba traci materialność i staje się czystym światłem.
Wciąż krążymy wokół dawnych mistrzów, a co z malarstwem bardziej współczesnym?
Fascynację współczesnym malarstwem, Serbanem Savu, Adrianem Gheniem czy Gerhardem Richterem, zaszczepił mi świetny nauczyciel, wspomniany Bogumił Książek. Dziś zresztą figuratywne malarstwo ma się, mam wrażenie, coraz lepiej.