Prezes Spółdzielni "Woreczek" zajmującej się wyrobem galanterii z masy plastycznej, a tak naprawdę herszt największej mafijnej siatki Warszawy lat 50. Każdy warszawski konik, doliniarz czy byle rzezimieszek, składający przypadkowemu przechodniowi ofertę zakupu cegły w ciemnym zaułku, płacił mu procent od tych transakcji. Człowiek, który uwierzył i zrealizował swoje marzenie "by zorganizować i usystematyzować całe to eldorado przestępczości, które zakwitło w pierwszych latach na ruinach Warszawy".
W odbudowującym się mieście zadawał szyku: jeździł oliwkowym humberem i stołował się w restauracjach najwyższej kategorii S. Pozuje na playboya, swój urok wykorzystuje do podporządkowywania sobie kobiet i wyrządzania im krzywd.
Nie bał się śmierci ani klęski, odczuwał lęk tylko przed Złym. Mistrz autokreacji, pod koniec jednak gubi się już w swych tożsamościach. Naprawdę nazywał się Władysław Buchowicz:
Buchowicz... to była gwiazda. To był as. Pochodził gdzieś z Siekierek, z samego serca dżungli warszawskiego świata przestępczego. Na Pradze pojawił się zaraz po wojnie i wypłynął od razu na słynnej aferze z rembertowskim bimbrem.
Materiał na potencjalny spin-off: Przy skali popełnionych przestępstw kryminalnych i gospodarczych sąd w latach 50. skazałby go na karę śmierci, więc na logiczną kontynuację raczej nie mamy co liczyć (chyba, że na dramat sądowy o procesie Merynosa i jego szajki).
Świetnym tematem jest jednak przeszłość Merynosa. Zarys historii jest już gotowy, gdy z opowieści Henryka Nowaka i Jonasza Drobniaka udaje się zrekonstruować prawdziwą tożsamość Władka Buchowicza. Z dwóch dekad jego niecnych interesów można by stworzyć prawdziwą epopeję zbrodni. Półświatek przedwojennej Warszawy to temat ostatnio mocno eksploatowany, lecz nie zaszkodziłby mu jeszcze ten kamyczek do ogródka.
Don Pedro (Stanisław Pagaczewski – “Porwanie Baltazara Gąbki”, 1965)