Jeden z najgorętszych autorów Europy środkowej, Jakub Żulczyk dzięki HBO Polska dodał ostatnio do swojego CV zawód "autor scenariuszy telewizyjnych". Jego praca dotrze więc niedługo do szerszej widowni. Tymczasem znalazł chwilę na rozmowę z Markiem Kazmierskim, tłumaczącym na angielski bestsellerową powieść pisarza "Ślepnąc od świateł".
Wpływy
Marek Kazmierski: Jakub, opowiedz o swoim pochodzeniu, rodzinie, najwcześniejszym wspomnieniu, pierwszym kontakcie z książkami…
Jakub Żulczyk: Urodziłem się na Warmii, na północy Polski, w zasadzie na Pojezierzu Mazurskim w niewielkiej otoczonej lasami miejscowości Zabiele. Ostatnio tam przyjechałem i zdałem sobie sprawę, jak maleńkie to miejsce. Wyjechaliśmy stamtąd kiedy miałem 6 lat, więc widziałem je z innej perspektywy. Moja mama była nauczycielką, tata pracował w niewiele większej miejscowości położonej niedaleko i kiedy mój brat miał 2 lata, przeprowadziliśmy się do większego miasta, także na Pojezierzu – do Nidzicy. Moja rodzina ciągle tam mieszka.
Dorastałem w domu pełnym książek, mama uczyła literatury, więc pisać i czytać zacząłem szybko, bo w wieku 3 lat. Nie pamiętam nawet, jak to jest tego nie umieć. Pierwsze wspomnienie: mam mniej więcej 4 lata, widzę przelatujący nad głowami samolot i zastanawiam się, co to. Czytam komiksy, książki dla dzieci i opowiadam historie innym dzieciom w przedszkolu, kiedy opiekunki piją kawę. Byłem więc popularny. Dorastałem w domu, gdzie szanowano książki, nawet moja babcia była nauczycielką języka polskiego i literatury, więc to miało ogromny wpływ na to, kim jestem teraz. Przez całe moje życie czytanie i pisanie książek wydawało się oczywiste jak oddychanie, przyroda czy jedzenie. Teraz, jako dorosły człowiek, kiedy wchodzę do czyjegoś domu i zauważam, że brakuje w nim książek, czuję się, jakby nie było tam okien albo drzwi, jakby brakowało czegoś niezbędnego.
MK: Powiedzmy szczerze, ludzie na świecie nie wiedzą wiele o Polsce. Pamiętasz czasy komunizmu, kiedy i Polska, i Europa wyglądały zupełnie inaczej niż teraz?
JŻ: Polska to tragiczny krajobraz jak z Szekspira. Może być fascynujący, ale sposób, w jaki się rozwijał miał ogromny wpływ na to, jak ludzie postrzegają samych siebie, jakich wyborów dokonują. Wiele dzisiejszych konfliktów jest głęboko zakorzenionych w nieświadomym wspólnym dziedzictwie.
Jestem z trzeciego pokolenia po II wojnie światowej, urodziłem się w 1983 roku, prawie 40 lat po wojnie, ale moi rówieśnicy nadal niosą pewien rodzaj traumy. Nie jestem specjalistą ani pasjonatem historii, ale – o ile rozumiem i czuję historię Polski – to wojenne doświadczenie ciągle ma spory wpływ na ludzi.
MK: Jesteś fanem historii Polski, jej – jak to nazwałeś – krajobrazu czy interesuje Cię to ze względu na zawiłości polityczne?
JŻ: Lubię historię, tak jak lubię literaturę, bo proponuje pewien rodzaj wizji. Polska historia pełna jest symboli i mesjanistycznych odniesień. To fascynujące, choć z drugiej strony może być też źle wykorzystane. Weźmy na przykład twórczość Jarosława Marka Rymkiewicza, pisarza prawicowego, – nie podzielam jego przekonań, ale uważam jego pogląd o naszej potrzebie rozlewu krwi za fascynujący. Jeśli ktoś chce zrozumieć polską historię – Jung nazwałby to nieświadomością zbiorową – powinien przeczytać książkę Rymkiewicza o Rejtanie, ważnej postaci dla dziejów kraju. Kiedy myślę o polskiej historii jako o systemie filozoficznym albo dziele sztuki, o czymś, z czym nie jestem geograficznie związany – wydaje mi się ona bardzo interesująca.
Czy definiuję siebie jako Polaka? Na podstawowym poziomie tak. To mój język, ale nie nazwałbym siebie patriotą. Narodowość nie definiuje tego, kim jestem. Jestem patriotą, bo nie popełniam przestępstw i płacę podatki, ale nic więcej. Charakterystyczna dla polskiego myślenia o historii jest wielka narracja o oddawaniu życia za naród przez ostatnie 200 czy 300 lat martyrologii. Ale ja zbyt cenię swoje życie, by oddawać je za abstrakcyjną ideę.

Jakub Żulczyk, fot. Albert Zawada / AG
MK: Jesteś młody, ale masz już za sobą wiele książek. Bycie pisarzem w Polsce jest cool? Czy system edukacji uczy szacunku dla książek i ich autorów?
JŻ: Zacząłem trochę abstrakcyjnie mówić o polskiej historii, ale chciałbym na chwilę wrócić do komunizmu. Komunizm skończył się w Polsce w 1989 roku, miałem wtedy 6 lat, więc niewiele pamiętam. Pierwsze lata życia spędziłem w wiosce, w lesie, w bardzo małej społeczności. Ale mam za sobą doświadczenie, które może wiele powiedzieć ludziom z Zachodu: jednym z moich pierwszych tak jaskrawych wspomnień, które pamiętam jakby to było wczoraj, było zjedzenie banana. Miałem 4, może 5 lat i pierwszy raz miałem banana w ustach. Ktoś przywiózł je z Niemiec. Miał taki egzotyczny, bardzo słodki smak. Nigdy wcześniej nie jadłem nic podobnego. Znałem smak jabłek i gruszek, ale nie pomarańczy czy bananów. Podobnym "wow" było wypicie po raz pierwszy pepsi.
A co do szkoły i szacunku dla pisarzy… Myślę, że system nauczania w Polsce nie różni się jakoś mocno od tych w innych krajach, każdy z nich ma wady i wszędzie jest zasadniczo podobnie, także na Zachodzie. Wszystko zawsze zależy od samych nauczycieli.
MK: Pomagało ci to, że żyłeś w domu z książkami i nauczycielskimi tradycjami?
JŻ: To moja mama rozwinęła we mnie pasję do literatury i jako nauczycielka rozwijała ją też w swoich uczniach. Nigdy nie uczyła mnie jednak w szkole. Nie sądzę, żeby moja edukacja miała jakiś wpływ na to, że jestem dziś pisarzem. Jako dziecko zawsze uciekałem gdzieś myślami, nie byłem dobrym uczniem, a na pewno nie w liceum, gdzie ciągle dostawałem złe oceny, nie mogłem się skupić i zmuszałem się od uczenia się nudnych rzeczy. Nawet dziś zapamiętuję tylko to, co mnie interesuje. Złe oceny miałem nawet z polskiego i czasem mam ochotę pójść do mojego dawnego nauczyciela, położyć wszystkie moje powieści na jego biurku i powiedzieć "to teraz mogę dostać 5".
MK: A co ze studiami? Czy to ukształtowało cię jako twórcę?
JŻ: Najpierw studiowałem dziennikarstwo, potem amerykanistykę. Miałem taką wykładowczynię, niestety nie pamiętam jej nazwiska, ale chodziłem do niej na zajęcia z pisania. Miałem 20 lat i bardzo nieśmiało zaczynałem pisać opowiadania. Dostaliśmy zadanie, żeby napisać felieton – ona przeczytała mój i powiedziała, że mam talent i powinienem pójść w stronę pisania. Sam nigdy wcześniej nie rozważałem pisania powieści…
Jak pomyślę o przeszłości, kiedy miałem 5 czy 6 lat, nawet później, mając 9 czy 10, bardzo dużo pisałem – opowiadania, sztuki, ale wszystko raczej w ramach hobby. Nauczyłem się pisać na klawiaturze, kiedy miałem 7 lat. Ale pamiętam, jak mając 20 lat, mówiłem swojej ówczesnej dziewczynie, że nie mam pojęcia, co zrobić ze swoim życiem. Odpowiedziała: może powinieneś robić to, co robisz od lat. Kiedy robisz coś jako dziecko, powinieneś za tym pójść.
Do dziś jestem wdzięczny tym dwóm kobietom, bo w ten sposób znalazłem się tu, gdzie jestem. Kilka miesięcy po tych dwóch rozmowach wysłałem jedno ze swoich opowiadań Pawłowi Duninowi-Wąsowiczowi, który następnie do mnie zadzwonił i powiedział, że chce wydać moją pierwszą książkę.

Paweł Dunin-Wąsowicz w warszawskim antykwariacie , 2015, fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
MK: Jakie książki miały na ciebie wpływ?
JŻ: Kiedy miałem 19 czy 20 lat, czytałem dużo popularnej wówczas amerykańskiej literatury. Douglas Copeland, Bret Easton Ellis, Chuck Palahniuk, Philip K Dick, Don DeLillo… To była jedna z faz, które przychodzą i odchodzą. Na pewno miało to jakiś wpływ na moje pisanie, ale nie był on kluczowy. Całe życie czytam różne rzeczy, dziś jestem w stanie wskazać bardzo ważnych dla mnie autorów, ale nie jestem pewien, czy są oni dla mnie ważni jako dla czytelnika czy pisarza. Faulkner czy Bernhard wpłynęli na to, jako postrzegam świat i kim jestem. Jako że jestem niedokształcony, ostatnio czytam sporo polskiej literatury. Nadganiam to, czego nie chciało mi się czytać w szkole i na studiach: mam na biurku Reymonta, Iwaszkiewicza, Miłosza, Buczkowskiego i Białoszewskiego.
MK: Są jakieś rady, które mógłbyś dać dziś początkującym pisarzom?
JŻ: Jeśli chodzi o moje osobiste nawyki, to zła literatura ma na mnie równie duży wpływ, co dobra. Myślę, że potrzebuję co jakiś czas przeczytać coś złego, niekoniecznie tylko genialnych autorów. To pozwala mi się skupić. To rada, którą mógłbym dać początkującym – nie czytajcie tylko starych mistrzów albo nowych rzeczy nazywanych przez krytyków obiecującymi. Kiedy czytasz coś, co uważasz za złe, wtedy możesz zrobić to lepiej i się rozwijać. Dobra i zła literatura są tak samo ważne jako punkt odniesienia. Najciekawsze, że raz do roku czytam coś, co do czego jestem przekonany, że będzie złe, ale wtedy okazuje się dobre, chociaż wszyscy twierdzą, że jest okropne.
Bardzo lubię literaturę faktu, daje mi więcej przyjemności. Tu chodzi też o moje ego, bo kiedy czytam dobrą współczesną powieść autora w moim wieku, staję się zły i zazdrosny. A reportaże to nie mój świat, więc nie mam uprzedzeń, jestem bardziej zen, po prostu czytam książkę.
Życie publiczne

Jakub Żulczyk, fot. Agata Grzybowska / AG
MK: Dziś jesteś uznanym autorem, masz za sobą wiele publikacji, jesteś też aktywny w mediach społecznościowych. Jak radzisz sobie z zewnętrzną presją? Z byciem na językach, komentarzami… Nie masz ochoty zamknąć się gdzieś na pół roku z jakąś dobrą albo złą książką i się po prostu odciąć?
JŻ: Staję się spokojniejszy wraz z upływem czasu. Nie reaguję histerycznie na krytykę, a kiedy widzę, że ktoś ma rację, z pokorą to akceptuję. Kiedy ludzie gadają bzdury, wkurzam się, jak każdy. Ale jako pisarz w Polsce, z takim odbiorem moich książek, myślę, że mam ogromne szczęście. Mam mnóstwo wiernych czytelników, dla których to, co robię jest bardzo ważne i którzy we mnie wierzą. To odpowiedzialność, bo kiedy zaczynam pisać coś nowego – nie mogę ich zawieść.
Za każdym razem, kiedy zaczynam nową książkę albo myślę o jej zaczęciu, próbuję uniknąć powtarzania się. Myślę, że to najgorsze, co możesz zrobić jako pisarz – są geniusze, którzy mogą się powtarzać, jak Bernhard, który kopiował samego siebie nieustannie, albo Hertha Muller czy Faulkner. Ale ich powieści były genialne. Ja nie jestem genialny, więc muszę ciągle próbować nowych rzeczy. Poza tym życie jest krótkie, trzeba eksperymentować.
Wystawiłem na próbę cierpliwość swoich czytelników, pisząc ostatnio 900-stronnicową powieść, kryminał bez żadnej intrygi, bez zagadki albo z bardzo pokręconą zagadką. Coś, co może być dla niektórych bardzo nudne, bo jest też o tej nieciekawej stronie życia, ukrywającej horror za tym, co zwyczajne. Ale książka naprawdę nieźle się sprzedała i świetnie się przyjęła, więc kiedy daję z siebie wszystko, ludzie po prostu to czują i temu ufają.
MK: Boisz się porażki czy ekscytuje cię bycie niedoskonałym?
JŻ: Kiedy jesteś osobą publiczną, nie celebrytą, ale kiedy wystawiasz swoją pracę na ocenę, to naturalne, że będziesz osądzany, sprawdzany. Trzeba się wyluzować, to normalne, że jeśli odsłaniasz się przed ludźmi, to od nich zależy, czy cię pocałują, czy uderzą. To trzeba zaakceptować.
Wiem, że pewnego dnia mi się nie uda i napiszę złą książkę. Nikt nie jest idealny – najlepsi reżyserzy, najlepsi pisarze… wszyscy popełniają błędy. Wymień jedno nazwisko artysty, który nie napisał złej książki, nie nakręcił złego filmu, nie nagrał złej płyty przez całe swoje życie? Joy Division nagrało same świetne płyty, ale zdołali wydać tylko dwa albumy, zanim zabił się ich wokalista. Ja nie mam zamiaru umrzeć młodo. Chociaż z każdym rokiem coraz o to trudniej.
MK: Jak radzisz sobie z internetowymi trollami i hejtem?
JŻ: Moją pierwszą płatną pracą było pisanie dla stron internetowych, to mnie nauczyło czegoś ważnego. Chyba nigdy nie miałem pracy, która nie byłaby związana z pisaniem. W każdym razie, jednym z pierwszych opublikowanym przeze mnie tekstów była recenzja albumu zespołu Kult. To było jakieś 12 lat temu, oni przechodzili wtedy jakiś kryzys wieku średniego, można było to usłyszeć w ich muzyce, poczuć to, więc napisałem coś w stylu "Wow, to jest moment, w którym powinni zupełnie przestać grać albo wymyśleć dla siebie coś nowego, bo grają w kółko to samo gówno i smród staje się nie do zniesienia". Byłem młody, miałem 20 lat i chciałem przyciągnąć jak najwięcej czytelników, więc napisałem taką zjadliwą recenzję. Wylałem tam całą żółć i złość, a w komentarzach zostałem zmasakrowany. Pamiętam, jak bladłem z każdym zdaniem, jakie tam przeczytałem. Naplułem na ich sacrum, zaatakowałem ich świętość. Ktoś napisał "siostra Żulczyka to kurwa", a ja nawet nie miałem siostry.
Uświadomiłem sobie, że oni nie plują mi w twarz, ale plują na moją szybę, że jestem bezpieczny za pewną ścianą, nawet jeśli te komentarze są ostre. Do dziś, kiedy coś takiego się dzieje, wiem, że jestem bezpieczny. Nie jestem alfą i omegą, wiem, że mogę się mylić, ale kiedy krytyka staje się tak głupia, nie poddaję się jej.
Ulubieni, ulubione
MK: Porozmawiajmy o muzyce i filmie, które też cię pasjonują. Czym najbardziej się ekscytujesz?
JŻ: Zbieram płyty, całe życie chciałem kolekcjonować winyle i teraz mogę sobie na to pozwolić. Kupuję ich dużo, więc kiedy ludzie pytają mnie, jakiej muzyki słucham, nie ma sensu, żebym odpowiadał, jeśli mamy mniej niż godzinę na rozmowę. Ostatnio zacząłem udostępniać na swoim profilu na Facebooku moje playlisty ze Spotify. Ustawiłem je jako publiczne, wrzuciłem tam wszystko: począwszy od eksperymentalnej elektroniki i techno, przez jazz, do black metalu i indie rocka. Lubię też pop, więc to spektrum jest szerokie. Dużo ludzi myśli, że moją muzyką jest hip-hop, bo pracowałem dla hip-hopowej telewizji, robiłem wywiady z raperami i znam środowisko. Ciągle czuję się z tym związany, ale to nie jest moje główne muzyczne zainteresowanie. Na pewno hip-hop jest ciekawy z literackiego punktu widzenia. Ostatnio uporządkowałem nagrania według gatunków i tak naprawdę okazało się, że rapu mam najmniej. Najwięcej mam muzyki gitarowej, co zaskakuje nawet mnie.
Ale kiedy ktoś przystawi mi pistolet do głowy i zmusi do podania nazwiska najważniejszego muzyka, odpowiedziałbym: Aphex Twin. Jego muzyka miała największy wpływ na moją wyobraźnię, pomysły, sny, podświadomość… Na poziomie emocjonalnym otworzyła mi wiele drzwi. Ogromną częścią mojego pisania było także słuchanie jego płyt.

Czesław Niemen, Festiwal Piosenki w Opolu, 1971, fot. Andrzej Wiernicki / Forum
MK: Jako pisarz musisz radzić sobie ze specyficznym rytmem i intonacją polskiego języka. A czy dostrzegasz coś takiego, jak polskie brzmienie muzyki? Coś, co odzwierciedlałoby polską duszę? Myślisz, że polski rap podbije kiedyś międzynarodowy rynek?
JŻ: Nie chcę brzmieć na mądrzejszego niż jestem i po prostu życzę tym chłopakom zagranicznego sukcesu. Polski hip-hop może się wybić w Europie Wschodniej, ale z Francją czy Stanami może być trudniej, rynki są tam ogromne. Ale w Czechach, Rumunii, na Węgrzech czy w Rosji Polacy mogą wiele zdziałać. A czy istnieje coś takiego jak polska dusza? Wskazałbym na polski jazz i lata 60. i 70. Artyści pokroju Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Tomasza Stańki, Krzysztofa Komedy zdołali uchwycić pewną esencję i słowiańską prawdę o muzyce.
MK: A osobiści ulubieńcy?
JŻ: Każdy powinien posłuchać Czesława Niemena, był niesamowity. Ale na początek polecałbym jego mniej znane utwory, nie hity. Próbował nagrywać bardziej awangardowe, eksperymentalne albumy jak "Marionetki" i "Enigmatic". To jest kwintesencja polskiej muzyki. Nie Penderecki, ale właśnie Niemen. Wyjątkowy głos, zupełnie nasz. Nagrywał też za granicą, jeden z albumów stworzył w Stanach, pod tytułem "Mourner’s Rhapsody" z Johnem Abercombiem i Janem Hammerem, który skomponował temat muzyczny z Miami Vice. Trudno znaleźć te nagrania na winylu, ale można ich posłuchać na YouTubie. Niemen śpiewa tam jak Ray Charles czy Marvin Gaye, ale ze słowiańskimi smaczkami.
No i tylko dla ludzi o mocnych nerwach – polski metal. Heavy metal, black metal, to jedyna polska muzyka naprawdę rozpoznawalna na świecie. Jestem dumny z sukcesów takich zespołów jak Behemoth czy Decapitated. Nie jestem wielkim fanem metalu, ale takie grupy jak Mgła są warte odkrycia – to black metal, ale jest piękny, ich piosenki mają w sobie prawdziwe emocje, prawdziwą ropacz, coś, co dotyka duszy. Tak więc jazz, Niemen i black metal.
Ślepnąc od świateł

Krzysztof Skonieczny, fot. Paweł Krzywicki
MK: Wracając do twoich książek, pracuję nad przekładem "Ślepnąc od świateł", która nie tylko jest bestsellerem, ale niedługo zostanie sfilmowana jako serial przez Krzysztofa Skoniecznego, jednego z najbardziej obiecujących polskich reżyserów. Opowiedz o Warszawie, jak widzisz to miasto jako przyjezdny? Jak czujesz się z tragiczną historią tego miejsca i czy inspirujesz się nią?
JŻ: Co do książki – napisałem ją cztery lata temu, opublikowana została po roku. Napisałem ją całkiem szybko. Opisałem w niej ciemny okres mojego życia. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale każdy ma swoje wzloty i upadki, no a ja zaliczałem wtedy upadek. Zagubiłem się, spędzając za dużo czasu na korzystaniu z nocnego życia Warszawy. Przestałem na jakiś czas żyć higienicznie. Jako pisarz jestem w stanie poradzić sobie z tym okresem, przepracować te historie, tych ludzi i sytuacje… Zawsze chciałem napisać o ciemnej stronie miasta, o specyfice Warszawy i niektórych jej mieszkańców. Pomysł był taki, by stworzyć książkę, która byłaby – cytując Joy Division – "wystawą okropności" ("Atrocity Exhibiton" to tytuł albumu Joy Division, nawiązującego do tytułu powieści J.G. Ballarda – przyp. tłum.), labiryntem, w którym moi czytelnicy mogliby się zgubić.
MK: Pisanie o osobistym doświadczeniu było dla ciebie bolesne? Sprawiło ci kłopot?
JŻ: Długo nie mogłem wymyślić głównego bohatera, który mógłby prowadzić bohaterów przez chaos twarzy, sytuacji i zdarzeń. Kilka miesięcy zajęło mi, zanim zrozumiałem, że to musi być diler kokainy, ktoś, kto odwiedza mieszkania, widzi ludzi z różnych warstw społecznych, wszystkich ćpających. Nie jestem statystykiem ani socjologiem, ale wiem, że w dużych miastach na jedną osobę, która nie bierze narkotyków przypada jedna, która to robi. Miękkie czy twarde, wszyscy to robią. Kokaina jest ukrytym paliwem miasta, jak w wielu stolicach.
Pisałem szybko, więc od początku czułem, że piszę coś rozwibrowanego, żywego. Byłem absolutnie pewien, że ta książka będzie większym sukcesem od pozostałych. To była moja szósta powieść, więc trochę czasu mi to zajęło, jak widzisz.
MK: Co myślisz o procesie przekładania twojej powieści na język serialu telewizyjnego? Pojawiły się jakieś różnice między tobą a twórcami?
JŻ: Byłem w samym środku pisania, kiedy poszedłem na premierowy pokaz dla dziennikarzy filmu "Hardkor Disko" (film Krzysztofa Skoniecznego – przyp. tłum.). Oglądając, pomyślałem "Wow, muszę coś z tym człowiekiem zrobić!". Do dziś nie pamiętam, czy film mi się podobał, czy nie, ale miałem takie obezwładniające uczucie, że muszę pracować z tym reżyserem i językiem, jakiego używa; z jego pomysłami, jego nerwem. Idealnie pasował do zekranizowania "Ślepnąc od świateł".
MK: Pisanie scenariuszy to szybszy proces niż pisanie powieści?
JŻ: Książka zajęła mi pół roku, a scenariusz miniserialu – nie wiem, ile dokładnie powstanie odcinków – to były dwa lata ciężkiej pracy. Ale jestem tym naprawdę podekscytowany, chcę, żeby ludzie to zobaczyli. Krzysztof jeszcze nie pokazał mi efektów, bo nie są ukończone, ale jestem przekonany, że to będzie niesamowite.
Myślę, że kiedy pisze się książkę, nie jest się najmądrzejszą osobą, która mogłaby ocenić, o czym to właściwie jest. Uważny czytelnik jest mądrzejszy, wie więcej o historii. I takim czytelnikiem był Krzysztof. Powiedział, że "Ślepnąc od świateł" to elegia dla Warszawy. Można powiedzieć, że to powieść kryminalna o dilerze, który wpada w kłopoty, całe jego życie legło w gruzach, ale to także poemat miłosny o Warszawie, smutna miłosna piosenka i Skonieczny to poczuł.
Różnimy się artystycznie, jak wszyscy, ale zgadzamy się co do podstaw. Napisaliśmy bardzo niepokojący, bardzo ciemny, ale niepozbawiony iskry nadziei list miłosny do stolicy Polski.

Widok na Warszawę ze wschodniej strony Wisły, fot. Andrzej Sidor / Forum
MK: Powiedziałeś, że powieść to elegia dla Warszawy, ale jest ona też czymś więcej – historią artysty, któremu się nie udaje; historia wypełniona przeczuciem nadciągającej katastrofy, coś, do czego możemy się wszyscy odnieść. Pięta Achillesa, którą wszyscy mamy, pewne słabości, które mogą nas zabić… Czy książka mogłaby mieć za scenerię każde inne miasto? Czy zmieniły się twoje uczucia co do Warszawy?
JŻ: Bohater mojej powieści nazywa się Jacek – choć w serialu będzie nosił inne imię. Myślę, że historia jest naprawdę uniwersalna i mogłaby być opowiedziana wszędzie. Na pewnym poziomie wszystkie duże miasta, wszystkie stolice na zachodniej półkuli mają swoje unikalne historie. Jeśli chodzi o życie nocne, nihilizm, pesymizm, mizantropię – to są uniwersalne tematy, które mogą być opowiedziane w dowolnej scenerii. Mój antybohater ma nihilistyczny stosunek do świata, czego sam wolę unikać w swoim życiu, i chce oddzielić się jak najmocniej od społeczeństwa. Chce tego dokonać, uzyskując władzę i pełną kontrolę nad swoim przeznaczeniem. I to zapewniają mu pieniądze z handlu narkotykami. Nawet jeśli jesteś bezpośrednim dilerem pracującym z klientami, zarabiasz tyle, by mieć to poczucie bycia nadczłowiekiem. Ta książka jest o iluzji tego poczucia, o tym, jak jest mylne, złe, jak może zniszczyć ci życie. I myślę, że ma to coś wspólnego z moim własnym doświadczeniem.
Kiedy w pewnym momencie przestałem pić alkohol i brać narkotyki, zrozumiałem, że częścią tego procesu jest poddanie się sile wyższej. Nie mówię tu o religii, bo definiuję się jako agnostyk. Ale musisz ulec jakieś ślepej wierze, która jest od ciebie większa. Nie wiesz, co stanie się z twoim życiem. Możesz mieć plany, marzenia, ale musisz też pamiętać, że coś może potoczyć się inaczej, na lepsze albo gorsze, i nigdy nie masz nad niczym pełnej kontroli. W pewnym momencie musisz się poddać i stać się pokornym. Jak powiedział Kendrick Lamar: "Bitch, stay humble".
MK: Czy pisanie jest oczyszczające? Pozbyłeś się ciężaru, jakim była ciemna strona Warszawy, czy wręcz przeciwnie – wziąłeś na siebie więcej?
JŻ: O tym jest cała historia i to zdradza mojego bohatera. Nie chcę używać dużych słów, ale to jest to, co czyni z mojej książki coś więcej niż prostą historię kryminalną. To jest to, co rezonowało u czytelników. Sprzedało się 70 tysięcy egzemplarzy. Myślę, że to dużo jak na polski rynek. Myślę też, że to, co spodobało się ludziom to nastrój jak ze starotestamentowych przypowieści. Moja dziewczyna mówi, że nie jestem agnostykiem, ale staromodnym, starotestamentowym katolikiem, tylko że to wypieram. Traktuję to jako żart, ale może to też sprawia, że książka jest uniwersalna.
Rzecz dzieje się w Warszawie, bo tutaj mieszkam. Czy czuję się tu uwięziony? Żyję teraz inaczej – stabilnie i szczęśliwie. Staram się, doszedłem do momentu, w którym chciałem dać sobie szansę na długie i owocne życie. Może to brzmieć rodem z klasy średniej, ale tak teraz mam. Mam rodzinę, żyję w fajnej okolicy - próbuję wpuścić trochę światła. Nie czuję się tu uwięziony, ale po 10 latach mam takie uczucie, jako Polak i mieszkaniec Warszawy, że to miasto jest ogromnym cmentarzem. To nadchodzące fatum, o które pytałeś, jest zapisane u podstaw tego miasta, jego duszy.
To nie oznacza, że nie możesz wieść tu przyjemnego życia. Dziennikarze zawsze pytają, w kontekście "Ślepnąc od świateł", "Czy Warszawa naprawdę taka jest?!". I za każdym razem odpowiadam "Nie, gdyby była, natychmiast bym wyjechał gdzieś indziej, a jednak zostałem…".
MK: Jak się czujesz jako obywatel Europy wobec przyszłości i jak chciałbyś się w niej zapisać ze swoją twórczością?
JŻ: To pytanie przez wielkie "P"! Spróbuję odpowiedzieć filozoficznie, chociaż mogę zabrzmieć jak Paulo Coelho – wszyscy kiedyś umrzemy, to smutny fakt. Szansa na to, że akurat my się urodziliśmy była jak jeden do tryliona. Powiedziałem dziś mojej dziewczynie, że najbardziej niemożliwa i niesamowita rzecz, jaka kiedykolwiek się zdarzyła – biorąc pod uwagę historię i to, co wiemy o kosmosie – jest to, że się urodziliśmy, że istniejemy.
Więc jeśli dostaliśmy ten prezent, to trzeba go jak najlepiej wykorzystać i znaleźć swoją drogę. Brzmi jak jeszcze więcej banalnego coachingu, ale wierzę w "thelemę", o której mówił – niech spoczywa w spokoju – Aleister Crowley. Nie sądzę, żeby to była magia. Każdy ma swoją "thelemę", rzecz, w której jest dobry. Celem w życiu jest ją znaleźć, a kolejnym – wykorzystać ją jak najlepiej. To jak najprostsza, najbardziej podstawowa filozofia. To mnie napędza. Jeśli chodzi o moją przyszłość jako pisarza, nie myślę o tym za wiele. Chcę, żeby życie mnie zaskakiwało. Mam nadzieję, że wiele przede mną, jestem ciągle bardzo młody. Chcę iść za tym, co los przynosi i zobaczę, co się stanie.
MK: Wielu Polaków ma bardzo fatalistyczny stosunek do przyszłości, nie bardzo chce zaakceptować pozytywne wizje, ale ty wydajesz się naładowany dobrą energią.
JŻ: Przyszłość to trudny temat, wymaga namysłu. Żyjemy w czasach, kiedy apokalipsa wydarza się w naszych głowach. Wróciliśmy do lęków z czasu Zimnej Wojny – są znowu w modzie, zupełnie jak heroina w Pulp Fiction. Ale nie sama katastrofa czy mrok mnie interesują, bo to nie wydarzy się za mojego życia, a cała ta narracja o "armagedonie" to po prostu sposób ludzi na radzenie sobie z własnym lękiem przed śmiercią.
Nie wydaje mi się, że przeżyjemy jakąkolwiek apokalipsę za naszego życia. Ale ten lęk staje się czymś w rodzaju tematu mojego pisarstwa. Moja następna książka będzie opowieścią o dystopijnej przyszłości, jak "Ludzkie dzieci" czy "Mechaniczna pomarańcza", tyle że osadzona w Polsce. Z kolei jeśli chodzi o pracę w telewizji i scenopisarstwo, to najbliśze dwa lata będą bardzo intensywne. Nie chcę mówić zbyt wiele i psuć niespodzianki, ale to będzie produktywny czas.
Innym pomysłem, nad którym pracuję jest książka o latach 90. – czasie mojego dojrzewania. Nie będzie bezpośrednio o mnie, Jakubie Żulczyku, ale o tym, jakim miejscem była wtedy Polska, jak wyglądało życie po komunizmie. To coś, o czym jeszcze nie pisałem i chcę coś takiego zrobić. Kiedy byłem nastolatkiem, mieszkałem w bursie w Olsztynie. Powiedziałem o tym mojej dziewczynie, a ona odpowiedziała "Wow, tyle historii, napisz o tym!".
MK: Jesteś fanem któregoś ze współczesnych narzędzi narracji? Myślisz, że łatwo jest opowiadać złożone historie w czasach sztucznej inteligencji i gier wideo?
JŻ: Na szerszym planie dostrzegam zmianę – w Polsce i na świecie – jeśli chodzi o główny nurt i popkulturę. Opowiadanie historii stało się narzędziem do wypowiadania bardziej łagodnych, filozoficznych myśli. Mamy te wszystkie programy i książki, które są z jednej strony zabawnymi sposobami na zabicie czasu, a z drugiej są społecznym komentarzem, odbijają głębsze znaczenia i to jest duża zmiana przez ostatnie kilka lat. Zasadniczo to, co jest mainstreamowe, może mieć dziś większe znaczenie. I chcę być częścią tego procesu, chcę opowiadać dobre historie.
To moja główna funkcja, bardzo podstawowa i starożytna rola – dziesiątki lat wstecz ludzie tacy, jak ja, siedzieli przy oginsku i opowiadali innym historie. Albo w przedszkolu, kiedy nauczycielki wymykały się na tajemnego papierosa. Storyteller – to mój zawód.
Wywiad w języku angielskim przeprowadzony przez Marka Kazmierskiego w lutym 2018 roku w Warszawie. Tłumaczenie na polski: Marcelina Obarska