Pogodne wspomnienia nie znaczyły jednak, że osiedle w Balachadi nie miało zmartwień – największym zagrożeniem była epidemia malarii, która wybuchła jesienią 1942 roku, na szczęście udało się ją skutecznie opanować. Poza tym, kilkunastu dorosłym opiekunom mimo wszystko trudno było zapanować nad taką gromadą dzieci. Franciszek Herzog, jeden z wychowanków osiedla, wspominał w pamiętniku, którego obszerne fragmenty przytacza Anuradha Bhattacharjee w swojej książce Druga Ojczyzna. Polskie dzieci tułacze w Indiach:
W osiedlu było 600 dzieci i czasami robiliśmy rzeczy szalone. Wymienię tylko kilka – wymykaliśmy się nocą popływać w morzu, skakaliśmy na główkę z wysokości ośmiu metrów z półek wyciosanych w skale, biegaliśmy boso przez pola, ganiając pawie, a tam całkiem możliwe było trafienie gołą stopą w kobrę albo skorpiona, albo też wspinaliśmy się na drzewa i huśtaliśmy się na lianach, udając Tarzana. Muszę przyznać, że przetrwaliśmy nie dlatego, iż nasz opiekun dobrze nas strzegł – sam Pan Bóg musiał nas chronić od poważniejszych obrażeń, a nawet śmierci.
W Balachadi nie powstała szkoła średnia, gdyż brakowało kadry nauczycielskiej. Najstarsze dzieci wysyłano do placówek rozsianych po całym subkontynencie: do polskiego osiedla w Valivade (o którym będzie mowa za chwilę), do liceów w Bombaju, Karaczi czy Mount Abu. Wielu chłopców, gdy osiągnęli pełnoletność, zgłosiło się do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.
Wreszcie wojna w Europie się skończyła, ale w poczuciu opiekunów, a także wielu młodych osób, które na własnej skórze doznały komunistycznego terroru, nowa Polska nie była krajem, do którego chciałyby wrócić – zwłaszcza że znaczna część z nich pochodziła ze wschodnich województw II RP, które po przesunięciu granic znalazły się w Związku Radzieckim. Rządowa emisariuszka, która przyjechała do Balachadi, żeby przekonać mieszkańców osiedla do powrotu do kraju, została wygwizdana.
Ustalono, które dzieci mają krewnych w „wolnym świecie”, do których mogłyby dołączyć, a które straciły wszystkich bliskich. Wobec dzieci z tej drugiej grupy przeprowadzono procedurę adopcyjną – kapelan Pluta, Jam Saheb i przedstawiciel rządu brytyjskiego Geoffrey Clarke zostali uznani przez sąd za ich rodziców zastępczych. Maharadża stał się więc ich bapu także w świetle prawa. 81 dzieci wyjechało z ojcem Plutą do szkół w Stanach Zjednoczonych. Peerelowska prasa nazywała go później „międzynarodowym porywaczem dzieci”. Jak wspominał Władysław Stypuła:
Bardzo smutne było ostatnie pożegnanie z maharadżą, po likwidacji osiedla w 1946 roku. Na dworzec kolejowy przyjechał osobiście. Żegnał się ze wszystkimi dorosłymi. Podchodził też kolejno do poszczególnych grup dzieci. Ze starszymi rozmawiał, młodsze głaskał lub przytulał do swego potężnego torsu. Widać było, że rozstanie sprawiało mu wielką przykrość. Wielce wzruszony, co chwila wycierał zwilgotniałe oczy. Może przeczuwał, że rozstajemy się na zawsze. Taki to był ten nasz polsko-indyjski maharadża.
We wspomnieniach zebranych zarówno w cytowanej już książce Bhattacharjee, jak i w monumentalnej zbiorowej pracy Polacy w Indiach 1942-1948 w świetle wspomnień i dokumentów pojawiają się takie stwierdzenia odnośnie do pobytu w gościnie u maharadży: „Indie to mój drugi dom”, „najszczęśliwszy okres dzieciństwa”, „w Indiach znów byłem dzieckiem”.