Falsyfikat Mickiewicza
Jadwiga Łuszczewska, 1865, fot. Konrad Brandel/ Biblioteka Narodowa Polona
Przyjmując perspektywę genderową, można powyższe opinie poddać łatwo nasuwającej się refleksji: czy twórczość Deotymy spotkałaby się z taką krytyką, gdyby nie stała za nią kobieta? Krytykę trudno bowiem uznać za przezroczystą, zawsze wypowiadana jest z pewnej pozycji i w ramach konkretnego dyskursu. Wobec romantycznej twórczości wybitnych mężczyzn, w ramach epoki zdominowanej przez "Ja męskie", poezję i prozę Jadwigi Łuszczewskiej traktowano – o czym świadczy ówczesny dyskurs krytyczny – jako wtórną wobec dokonań pisarzy i poetów; jako ślad stylu, a nie styl sam w sobie, jako artystowską pozę, wykoncypowaną i przemyślaną, a nie świadczącą o nawiedzeniu przez niewytłumaczalne racjonalnie natchnienie. Deotyma deklarowała jednak, że nawet najsurowsza recepcja jej twórczości nigdy specjalnie jej nie interesowała:
Co do krytyk literackich, te nigdy, przenigdy nie napędziły mi chwili goryczy, bo jeśli pisałam, to nie dla p o w o d z e n i a, ale jedynie z poczucia o b o w i ą z k u. Dobrze rozumiałam, że jak z początku nadto mnie chwalono, tak później nadto ganiono, potem nadto milczano — wszystko to były rzeczy przewidziane od samego początku. Przesuwały się też one koło mnie bez żadnego wpływu na moje życie ani pracę, jak potok, co pędzi koło dróżki, ale nie może jej zabrać, bo dróżka idzie wyżej na pochyłościach górskich.
Niewątpliwie jednak Łuszczewska chciała tworzyć własną legendę. Badacze i badaczki dowodzą, że choć utwór "Do Deotymy. Z powodu jej improwizacyi", choć znajduje się w dawnych wydaniach pism Mickiewicza, jest prawdopodobnie falsyfikatem napisanym przez samą Łuszczewską. "Widzę jak się chwila zbliża / Gdzie uwieńczy twe natchnienie / Najpiękniejsze przeznaczenie; / Gdzie cię nazwie pokolenie / Deotymą, Wieszczką Krzyża" – pisała sama o sobie w kamuflażu Mickiewicza.
Trzystu gości
Tradycję głośnych inteligenckich wieczorów organizowanych w domu kontynuowała w mieszkaniu przy Marszałkowskiej – od 1871 roku (a więc dwa lata po śmierci matki i cztery lata po śmierci ojca) zapraszała gości w każdy czwartek. Wieczory u Deotymy nie były bynajmniej kameralnymi spotkaniami elity: "Nieraz przyszło mi zapisywać już nie tylko po sto i dwieście, ale czasem i do trzystu osób", notowała w pamiętnikach. Zmarła w rodzinnej Warszawie w 1908 roku. Za radą matki nigdy nie wyszła za mąż i nie założyła rodziny, chcąc w pełni poświęcić się życiu twórczemu. Na fotografii zamieszczonej w "Nowościach Ilustrowanych" widać tłumy zgromadzone wokół konduktu żałobnego. "Sztukę traktowała jako posłannictwo, jako kapłaństwo, była artystką myśli i ducha [...]. W świątyni poezyi narodowej zachowa też Deotyma miejsce zaszczytne" – żegnano poetkę na łamach czasopisma.