Giedroyc starał się łagodzić emocje swojej współpracownicy i powiernicy. Robił to, ostrożnie dobierając słowa, tak, by jej nie urazić. Zdawał sobie sprawę, że bez niej nie poradziłby sobie w prowadzeniu wydawnictwa ani czasopisma. Tak samo jak bez Zygmunta Hertza, szczególnie w okresie rzymskim. „Nie przypuszczam, by »Kultura« mogła bez nich zaistnieć i przetrwać” – stwierdził Redaktor.
Hertz odgrywał jednak mniej ważną rolę, o czym świadczy choćby zdecydowanie mniejsza liczba napisanych przez niego do Giedroycia listów. Dotyczyły one głównie tematów służbowych lub sytuacji politycznej w Polsce, a ich rzeczowy ton połączony z ciętym językiem odsłania czasem impulsywną naturę nadawcy. Sporadycznie Zofia i Zygmunt pisali do Redaktora razem, ale ich wiadomości były raczej krótkimi pozdrowieniami z wakacji. Szczegółowe relacje z podróży zdawała za to Zofia. Jak zauważa Łabno-Hajduk we wstępie do edycji korespondencji:
Od 1943 roku Zofia Hertz żyła podwójnym życiem. Jedno wiodła u boku mężczyzny, który potrafił […] celebrować każdą chwilę. To do niej i Zygmunta Hertza należały kawiarnie Paryża, Cannes i Genui, nadmorskie kurorty Hiszpanii, Akropol i Morze Tyrreńskie, które przemierzali stateczkiem, płynąc na Capri. Mąż był jej wielką miłością, najlepszym przyjacielem i wiernym towarzyszem. Drugie życie – u boku Jerzego Giedroycia, fascynującego i zafascynowanego polityką, owładniętego ideami niczym nowy Romantyk, często trudnego i nieznośnie wymagającego, ale z którym koniec końców dzieliła radości i smutki o ponad dwie dekady dłużej niż z mężem […].
Potwierdzenie tych słów znajdujemy już w liście Zofii z 13 sierpnia 1943 roku: „Panie Jurku, zdaje się, że do żadnej ze swoich sympatii nie pisałam tak częstych i wyczerpujących a długich listów, jak do Pana – urzędowo”. Zaraz po tym wyznaniu mamy popis jej malkontenctwa – ale doprawiony czarnym humorem:
Jestem strasznie zalatana i naprawdę nie mam dla siebie ani chwili czasu, np. od trzech tygodni wybieram się do miasta po pantofle, a od pięciu do dentysty, i nie mogę się zdobyć, żeby to załatwić. Sądzę, że dojdzie do tego, że będę latała boso i bez zębów, a to będzie naprawdę straszne.
Dalej już następują rzeczone sprawy urzędowe wymienione w punktach – Zofia często je stosowała, co może być dowodem na jej analityczny umysł. W poruszanych w listach sprawach prywatnych nie brakuje szczerej, obustronnej troski i zupełnie przyziemnych kwestii związanych z życiem na emigracji. Wzajemne uprzejmości niekiedy ocierają się wręcz o flirt (Redaktor zwracał się do swojej współpracownicy per „Kochanie”, a w jednym z listów wspomina wspólne „przejażdżki dorożką w Kairze i jedno popołudnie w Hotelu Imperial”).
Redaktor ujarzmiony