Gorzki smak emigracji

Wizyta w Watykanie, fot. Wydawnictwo Credo
Z chwilą, kiedy Karol Wojtyła został papieżem, Hanna Szczepańska rozpoczęła akcję zbierania funduszy na dom, gdzie będą mogli znaleźć schronienie pielgrzymi. […] Dom Polski na Via Cassia był imponujący. Po uroczystości odsłonięcia tablicy podeszłam, dotknęłam jej i przejechałam palcami po nazwisku Ploss. Byłam naprawdę wzruszona, ale równocześnie ze wzruszeniem przyszedł ból. Dobrze pamiętam ten moment, kiedy mąż hojnym gestem wypisał czek na sporą sumę. Żartował przy tym: – No popatrz, popatrz! Mówisz, że będzie tablica z nazwiskami najhojniejszych dobroczyńców. Czy to nie zabawne, że na tablicy upamiętniającej ufundowanie Domu Polskiego w Rzymie, dedykowanego papieżowi, uwieczniony będzie amerykański Żyd?
– Pani Pola [Nireńska] żyje, prawda? – zapytałam [Jana Karskiego].
– Żyje, żyje, tylko to już nie jest życie. Jest bardzo nieszczęśliwa, a ja czuję się winny. Nie mogę do niej w żaden sposób dotrzeć. Ma do mnie żal, że przed ślubem postawiłem warunek, żeby przeszła na katolicyzm. Przy ludziach żartuje sobie z tego, jakby to nie było ważne. Mówi ze śmiechem, że jak się dowiedziała, że matka Jezusa była Żydówką, to była bardzo dumna. A ja wiem, że to ją gnębi, bo nieraz mi mówiła, że czuje się nielojalna wobec rodziców, wobec siostry i innych krewnych, zwłaszcza tych, którzy zginęli w obozie.
– Przyznam, że ja też tego nie rozumiem. Mówi się o Panu, że jest pan ucieleśnieniem tolerancji i zrozumienia dla wyznawców innych religii. Całe życie działał pan na rzecz Żydów, a potem zmusza pan żonę Żydówkę, żeby przeszła na katolicyzm?
Karski pochylił nisko głowę i ściszył głos.
– Właśnie to jest największe kłamstwo. Tu nie chodziło o religię. Po prostu bałem się, że stracę pracę. Rozumie pani? O pracę mi szło. Po latach wojny, po śmierci mojego brata, Georgetown stał się dla mnie przystanią, której nie chciałem stracić. To uniwersytet jezuicki, a proszę pamiętać, że to były lata pięćdziesiąte. Trudno było wówczas liczyć na specjalne względy czy szczególną tolerancję. Bałem się utracić to moje schronienie, żeniąc się z Żydówką. Chciałem ukryć moje tchórzostwo i dlatego utrzymywałem, że robię to ze względów religijnych. Rozumie pani teraz?
– Dlaczego pan nie wyzna tego swojej żonie? Na pewno zrozumie!
– Próbowałem, ale jest już za późno. Może gdybym jej to powiedział od razu, byłoby inaczej. Nie umiem do niej dotrzeć – do kobiety, którą całym sercem kocham. Robię jej ciągle wymówki, że przedawkowała lekarstwa na bóle, mimo że dobrze wiem, bo sama mi o tym mówi, że dla niej śmierć będzie wybawieniem.
[Karski] zapytał mnie, ile miałam lat, jak zaczęła się wojna.
– Niecałe piętnaście. W obozie wszyscy byliśmy prawie dziećmi. Przeważnie przysyłali tam dziewczyny, których matki lub ojcowie byli Żydami.
– Ma pani kontakt z kimkolwiek z tamtych lat?
Podniosłam głowę i długo patrzyłam w przestrzeń.
– Była Milinka, która zmarła w moich ramionach, a ja zamknęłam jej oczy. I była Crina, szesnastolatka. Pracowała u bauera w kartoflisku. Podcięła sobie żyły, a potem pchnęła się nożem w serce. I była Renata, gwałcona zbiorowo przez strażników. Umarła w strasznych bólach. I była Ruth, która przeżyła obóz i nawet skończyła prawo. Któregoś dnia odebrała sobie życie. I jest Genia, Polka, moja rodaczka. Mieszka w Izraelu. Pisze rzadko i niewiele. Pewnie chce o wszystkim zapomnieć. No i jestem ja ze swoimi wspomnieniami, które często nie pozwalają mi zasnąć.
Karski patrzył na mnie długo, a potem sięgnął po moje ręce i przycisnął je do swej twarzy.
Pokłosie wojny

Kaya Mirecka-Ploss z Andrzejem Jareckim, fot. Wydawnictwo Credo
[…] odebrałam telefon od Karskiego. Najpierw, jak to on, powitał mnie szarmancko w ich dzielnicy, potem zaproponował w imieniu swoim i żony, żebym przyszła do nich na drinka, a później wybierzemy się we trójkę na kolację. No i poszłam. Przez pierwsze pięć minut myślałam, że coś się stało. Karscy rozmawiali ze mną po angielsku! W pewnym momencie nie wytrzymałam i wręcz niegrzecznie zapytałam, dlaczego rozmawiamy w obcym języku. Przecież każde z nas urodziło się w Polsce i mówi lepiej po polsku niż po angielsku. Na to Karski z bolesnym uśmiechem stwierdził, że jego żona przyrzekła sobie nigdy więcej nie mówić po polsku, bo Polacy to zagorzali antysemici. Popatrzyłam na nich znacząco i skierowałam się w stronę drzwi. O mało mi się nie wymsknęło, żeby poszli sobie do wszystkich diabłów!
Ledwo weszłam do domu, kiedy zadzwonił telefon. Karski bardzo mnie przepraszał. Nalegał, żebym wróciła. Obiecywał, że będą mówili tylko po polsku. Drinki są już nalane – zachęcał pojednawczo, a potem pójdziemy na kolację. Oczywiście wróciłam. Po raz pierwszy Pola Nireńska objęła mnie i przeprosiła za ich zachowanie. […] Potem poszliśmy na kolację i od tego czasu moje stosunki z Polą stały się cieplejsze.

Kaya Mirecka-Ploss z wizytą u Ireny Sendlerowej razem z Mary Skinner i księdzem Tadeuszem Bocianowskim, 16 grudnia 2003
– Co tu się stało? – zapytałam przerażona.
– Pola się zabiła. Skoczyła z balkonu. Miała dość życia.
Chciałam wyjść na balkon, ale [Miles] Lerman [dyrektor Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, przyjaciel Karskiego] pokręcił przecząco głową. Skinął, żebym szła za nim. Przeprowadził mnie przez małe, wąskie drzwi, jakby świeżo wstawione. Otworzył je i moim oczom ukazał się osobny apartament.
– To się stało tutaj – Lerman wskazał balkon wymownym gestem.
– Jak to? Mieli dwa mieszkania? – Nie posiadałam się ze zdziwienia. Miles tylko skinął głową. – Czy to był wypadek?
Jego mina mówiła sama za siebie.
– Kupiła specjalne krzesełko. Balustrada jest wysoka, sięgała jej ramion. A z krzesełka mogła się przechylić. Nie chciała, żeby kolejny raz pompowali jej żołądek. Postanowiła załatwić to raz na zawsze…
Zmroziło mnie. Spojrzałam w dół. Na schodach ciągle kręcili się policjanci. Coś mierzyli, rysowali… Weszliśmy z powrotem do mieszkania. Karski jak stary Żyd pod Ścianą Płaczu kiwał się wte i wewte.
Ponieważ kilka lat temu Karski przekazał mi swój testament, kilka razy go przeglądałam. W końcu zadecydowałam się zagadnąć Janka o pewnych beneficjentów, których tam wymienił. Zaczął od zapisu, że darowuje sumę stu tysięcy dolarów YIVO Institute for Jewish Research. Z procentów od tej sumy instytut miałby każdego roku fundować nagrodę dla osoby wyróżniającej się w działaniach na rzecz przyjaźni polsko-żydowskiej. Kolejne sto tysięcy miała otrzymać fundacja Kennedy Center z przeznaczeniem dla The Washington Performing Arts Society, by przyznawało doroczną nagrodę imienia Poli Nireńskiej dla wybitnego tancerza. Wszystkie papiery, książki i dyplomy Karskiego mają zostać wysłane do działu polskiego Instytutu Hoovera przy Stanford University w Kalifornii. Obrazy i inne dzieła sztuki mają zostać rozdysponowane pomiędzy Centrum Kultury Polskiej w Waszyngtonie i Fundację Kościuszkowską w Nowym Jorku. Zaś meble, dywany i inne domowe sprzęty mają być rozdane. […] Jako ostatnia wśród beneficjentów figurowała pani Zofia Hanuszkiewicz, zamieszkała w Warszawie. Ona najbardziej mnie intrygowała. Zapytałam, skąd się tu wzięła.
– Ona i jej brat uratowali mnie. Zosia z narażeniem życia przedarła się do Krakowa, żeby mi pomóc. Nazywała się wtedy Rysiówna – wyjaśnił Karski.
Wyznać, wybaczyć, zapomnieć

Jan Karski z Kayą Mirecką-Ploss, fot. Wydawnictwo Credo
Pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem Karski miał znowu wypadek. W środku nocy upadł i poważnie rozbił sobie głowę. Znowu wiozłam go do szpitala. Tym razem nie tylko założyli mu szwy, ale zatrzymali w szpitalu przez dwa dni. Ostatnio Janek bardzo schudł i nie miał apetytu. Bardzo dokuczało mu biodro, ale ciągle udawał przed ludźmi, że wszystko jest w porządku. Zaproponowałam mu któregoś dnia, żeby się do mnie wprowadził.
– Nie mogę, Kayu – westchnął – chyba, że wyjdziesz za mnie za mąż.
– Tego nie zrobię, Janku. Nie łączy nas łóżko, tylko wielka, serdeczna przyjaźń. Więc po co nam ślub?
– Skąd wiesz, że to tylko przyjaźń? Może ja cię kocham?
– Obojętnie czy przyjaźń czy miłość, nie wyjdę za ciebie za mąż, Janku. Ty jesteś za biedny dla mnie. Wychodząc za ciebie za mąż, straciłabym moje dość wysokie alimenty – mrugnęłam do niego. Roześmiał się.
Patrzyły na mnie jego życzliwe, pełne ufności oczy. Wtedy wyznałam mu prawdę. Nastąpiła długa cisza. Delikatnie uwolnił się z mojego uścisku i wstał. Jego głos był spokojny, ale chłodny i zdecydowany.
– Nikt na świecie nie ma prawa odebrać odebrać życia drugiemu człowiekowi. Wierzę, że rozumiesz, że zrobiłaś coś strasznego – coś nad czym nie da się przejść tak łatwo do porządku dziennego. Zwyczajnie zabiłyście człowieka!
– Ja wiem, Janku, ja wiem! – wołałam płacząc. – I nie myśl, że nie żałuję tego. Nie myśl, że nie czuję się winna! Kiedy umarł mój syn, pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, było to, że płacę karę za śmierć Althoffa! Ani przez chwilę nie myśl, że nie żałuję! A dzisiaj chcę, żebyś mi wybaczył, właśnie ty, bardziej niż ktokolwiek inny!
Podszedł i objął mnie.
– To dobrze, że przynajmniej wiesz, że nie wolno wam było zabić. A teraz Kayu, zrób kolejny krok i wybacz sama sobie, dobrze? Na pewno ci się uda!
Przytuliłam się do niego, z twarzą mokrą od łez.
– Co ja bym bez ciebie zrobiła, Janku! – wyszeptałam.
Czasy wojny budzą wspomnienia, których nie da się wymazać ni z serca, ni z pamięci. Gdy przymknę oczy, przychodzą do mnie moje przyjaciółki z tamtych lat: Genia, której ojciec Żyd był wiejskim krawcem, a matka – silną chłopką, pochodzącą spod Kielc, ciężko pracującą na gospodarstwie. Wspomnienia o Geni nie sprawiają mi bólu. Uśmiecham się, kiedy przypomnę sobie sobie jej słowa – że jak skończy się ten wojenny dramat, będzie sadziła kapustę i kartofle… jakby stała obok mnie!
Milinka, ta drobna i delikatna Jugosłowianka, której zamknęłam martwe powieki… To przez pamięć o niej pielęgnuję w ogrodzie maciejkę dla zapachu i róże dla piękna. Ta dziewczyna do końca moich dni będzie boleścią mego serca.
Crina, dumna cygańska księżniczka, która na kartoflisku przecięła sobie żyły u rąk, a potem pchnęła się nożem w samo serce… Powiedziała mi kiedyś tonem wyroczni: "Ty nigdy nie zapomnisz i nie wybaczysz".
Renata, najłagodniejsza spośród nas, córka znanego reżysera filmowego z Berlina i matki Żydówki, nauczyła mnie kochać zwierzęta. To przez wzgląd na nią mam zawsze koty w domu.
I w końcu Ruth. Najwyższa z nas wszystkich, roztaczająca wokół siebie aurę tajemniczości. Do końca nie wiedziałyśmy, na ile ukrywa swe prawdziwe pochodzenie. Nawet jej śmierć była tajemnicza. Myślę, że Ruth nie potrafiła poradzić sobie ze wspomnieniami.

Kaya Mirecka-Ploss z Urszulą Dudziak i jej córką
Kiedyś zapytałam panią Kayę, czy trudno jej było zdobyć się na takie otwarcie na świat i jego problemy wbrew własnym smutnym doświadczeniom. Ludzie ciężko dotknięci przez los często zamykają się w sobie, gorzknieją, uciekają w choroby, zamartwiają się, odchodzą od realnego świata. Odpowiedź była następująca: "Mówi się o Ślązakach, że to Niemcy, że volksdeutsche. A ja powiem, że w całym życiu nie czułam się nikim innym, tylko Polką. I ta polskość we mnie tak mnie gna do tego, co robię. Bez tego nie umiałabym już chyba żyć, zwłaszcza w Ameryce".
[Anna Mieszkowska, z posłowia do książki]
Prof. Jan Karski – w rzeczywistości Jan Kozielewski – urodził się 24 czerwca 1914 roku w Łodzi. W czasie drugiej wojny światowej jako kurier Polskiego Państwa Podziemnego pierwszy przekazał przywódcom państw alianckich informacje o zagładzie Żydów. Po wojnie pozostał w USA, gdzie wykładał na Uniwersytecie Georgetown. Był autorem wielu publikacji, z których kilka okazało się bestsellerami. Odznaczony tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata i Orderem Orła Białego. W 1998 roku izraelski Instytut Pamięci Yad Vashem zgłosił jego kandydaturę do Pokojowej Nagrody Nobla. Zmarł 13 lipca 2000 roku w wieku 86 lat. Prezydent USA, Barack Obama, przyznał mu pośmiertnie najważniejsze amerykańskie odznaczenie – Medal Wolności.
Kaya Mirecka-Ploss
"Jan Karski – człowiek, któremu powiedziałam prawdę. Wspomnienia ikony Polonii amerykańskiej"
Wydawnictwo Credo, Katowice 2014
wymiary: 230 x 150 mm
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczna stron: 344
ISBN: 978-83-60131-48-0