Krakowski Festiwal Conrada 2015 uświetniły spotkania z wybitnymi osobistościami świata literatury, jak: Tomas Venclova, Hanna Krall, Wiesław Myśliwski, Peter Sloterdijk, Martin Amis. Najbardziej jednak gorącym nazwiskiem była białoruska pisarka, laureatka tegorocznej literackiej Nagrody Nobla Swietłana Aleksijewicz. Spotkania z nią cieszyły się ogromnym zainteresowaniem - tylko jedno z nich, w Audytorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego zgromadziło aż 1200 słuchaczy. Wybraliśmy dla Was najciekawsze pytania czytelników.
Dlaczego wybrała pani reportaż?
Reportaż ma zaufanie czytelnika, któremu coraz bardziej nie wystarcza literatura z gatunku fikcji, by zrozumieć otaczający nas świat. W naszych czasach wszystko dzieje się bardzo szybko, pisarz już nie może napisać powieści o wojnie 50 lat po jej zakończeniu, jak to w swoim czasie zrobił Tołstoj. Czytelnik chce otrzymać informację z wiarygodnego źródła, od świadka wydarzeń. Fikcja nie nadąża za szaleńczym biegiem wydarzeń, reportaż wypełnia tę lukę. Mam na myśli reportaż w tradycji polskiej: Ryszard Kapuściński, Hanna Krall – to pełnowartościowa literatura. Jednak reportaż w Rosji, Ameryce pozostaje gatunkiem głównie dziennikarskim, znacznie bardziej powierzchownym.
Jak można oddzielić fikcję od nie-fikcji, skoro człowiek w swoich opowieściach dopowiada, dodaje coś od siebie, koloryzuje? O zmyślenia oskarża się nawet Ryszarda Kapuścińskiego i innych mistrzów reportażu polskiego.
Z rzeczywistością nie można zderzyć się czołowo, ona umyka, istnieje w różnych wymiarach. Ile z tych wymiarów nie jest nam jeszcze znanych? Zawsze byli tacy, którzy twierdzili, że Tacyt nie miał racji, że Tołstoj niewiernie opisał wydarzenia, wszystko było zupełnie inaczej, a to o czym napisał Sołżenicyn miało miejsce w innym łagrze, dotyczyło innej osoby itp.
Nie powinno to zniechęcać reportażysty. Rzeczywistości nie da się dosłownie opisać, każdy przedstawia swoje rozumienie wydarzeń. Przecież człowiek to nie maszyna: on tworzy, a kiedy wspomina, dopowiada coś od siebie. Rozmawiałam z kobietą, świadkiem wojny, 40 lat po wojnie. Spotkałam się z nią ponownie po 10 latach. O tym samym opowiadała wówczas już w inny sposób, inaczej umieszczała akcenty.
Wyobrażam sobie to tak: kiedy wiele żywych historii się nakłada, pokrywa ze sobą, wytwarza się wysoka temperatura. To żar, w którym fałsz się spala. Wszystko, co było sztuczne, wymyślone, fałszywe, znika.
Czy można powiedzieć, że pisze pani historię uczuć?
Zawsze mówię, że zajmuję się historią pominiętą, która nie została opisana przez historyków: historią uczuć, duszy. Najciekawsze nie jest to, co się mówi z mównicy, nie to co na pokaz. Najważniejsze jest to, co wewnątrz. Zajmuję się takim "socjalizmem domowym", na poziomie i w przestrzeni zwykłego człowieka.
Na czym polega siła słowa?
Słowo nie jest tożsame z uczuciami, ale nie mamy lepszego środka, żeby je wyrazić. Język katastrofy, katastrofa języka to dla mnie pojęcia równoległe. Przypomina mi się opowieść mojego bohatera, który, schowany za krzakami, patrzył, jak palono jego wieś, wyprowadzano i rozstrzeliwano jego rodziców, braci. Po tym, gdy mi o tym opowiedział, wykrzyknął: "Mój Boże! Czy po całym tym przerażeniu zostało tylko to?!". Miał na myśli słowa. Wydawały mu się zbyt małe na to, co się wydarzyło. Kiedy w wieku 35 lat zmarła moja siostra, zrozumiałam, jak mało mamy słów, aby wyrazić ból. Jednak nie mamy innego wyboru, jak tylko z tym się pogodzić.