Jesienią 1981 r. w cyklu pokazów Teatru Cricot 2 w Krakowie, doszło do fatalnej pomyłki – sprzedano podwójną liczbę biletów na "Wielopole, Wielopole". Działo się to w sali Sokoła, użytkowanej przez sportowców Cracovii. Znany z despotycznego charakteru i wybuchowego temperamentu mistrz Tadeusz Kantor, po kilku jędrnych epitetach rzuconych w stronę miejscowych władz partyjnych zawiadujących kulturą, sam usadzał widzów po bokach sali na przynoszonych przez aktorów materacach gimnastycznych.
– Jeszcze sześć osób, proszę – dyrygował stłoczonymi widzami. – Pani nie! – krzyknął nagle histerycznie. – Pani mi się nie komponuje.
Publiczność nagrodziła owo dictum gromkim śmiechem i brawami. Delikwentka zatrzymała się w pół kroku, czerwona niczym sweterek, w który była odziana. Kantorowi chodziło o to, że czerwony punkt w boku sceny ściągałby na siebie wzrok publiczności z sepiowych mundurów żołnierzy C.K. armii Franciszka Józefa. Jednakże oklaski widzów nagrodziły zupełnie inny koncept – czerwony w PRL znaczyło: komunista. Jakkolwiek efektowny i w 1981 r. szczególnie chętnie przyjmowany, to mimo wszystko niezamierzony.
Taki też był sam Kantor. On się nie komponował…
Essen, 1974

Tadeusz Kantor w przedstawieniu "Niech sczezną artyści", Teatru Cricot 2 , Warszawa, 1986, fot. Wojciech Kryński / Forum
Wypadek pierwszy zdarzył się od razu po przyjeździe, kiedy rozentuzjazmowany sukcesami naszych piłkarzy na Mundialu recepcjonista hotelu tak powitał Kantora: "Mistrzu, będzie mieszkał w apartamencie po Grzegorzu Lato!". Reakcja była natychmiastowa: "– A któż to jest ten Grzegorz Lato?". Recepcjonista, mimo że kwestia Kantora ścięła go z nóg, nie stracił rezonu i grzecznie usiłował złożyć hołd polskim piłkarzom […]. Kantor nieprzyzwyczajony do wysłuchiwania opowieści o piłkarzach, wybuchnął: "– A ja mam w dupie wszystkich futbolistów! A zwłaszcza polskich!! A w szczególności pana Lato!!!". Recepcjonista zbladł, ale raz jeszcze ponowił propozycję apartamentową. Odniosło to jeszcze gorszy skutek. "– W pokoju po futboliście spał nie będę. Tam mogą spać tylko techniczni! Ich nie zabije zgniły zapach onucy! A mnie – tak!!!". Od kiedy to piłkarze mieszkają w apartamentach?! To jest w Polsce nie do pomyślenia! – rzekł Kantor i wypadł z hotelu. Nie próbowaliśmy go szukać. Nie próbowaliśmy też zgłębić jego decyzji.
[Krzysztof Miklaszewski, "Kantor od kuchni", Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2003]
Bruksela, 1977

Przedstawienie "Umarła klasa" , Kraków, maj 1983, fot. Wojciech Kryński / Forum
"W zaimprowizowanej naprędce garderobie, czyli we wnęce ze stolikami z lusterkami, pośród krzeseł i wieszaków z kostiumami siedzi przechylona na fotelu pani Lila Krasicka. Blada, ledwie oddycha, dławi się powietrzem, a ręce jej opadają. Zdaje się sztywnieć, wywracając oczami. Trójka z nas wpada do hallu. A tam Kantor: "– To kretynka! Zachciało jej się teraz umierać!". Zaglądamy do biura, a tam pełno ludzi wokół telefonu. "– Już jedzie! – odzywa się w moim kierunku szef sceny. – Już jedzie ambulans!" – poprawia, widząc przerażone miny nowo przybyłych. Oddychamy z ulgą. Ale z korytarza znowu znajomy i podniesiony głos Mistrza: "– To nie jest postawa artystyczna! Co ona sobie wyobraża!". […]
A Kantor ryczy nadal: "– Proszę powiedzieć tej pani, że tak się nie postępuje! Że nie przyjechała do Brukseli na wczasy". Tu, zmitygowawszy się, poprawia: "– Że nie przyjechała na leczenie. Leczyć się trzeba w domu, a nie w teatrze, psiakrew!". Chwila ciszy, a po chwili: "– Nie wolno umierać przed premierą!". Zapamiętaliśmy to przykazanie. Dokładnie. Zwłaszcza że ambulans, który zajechał na pełnym gazie, okazał się niepotrzebny. Pani Hrabinie [Krasickiej] puls się uspokoił, ciśnienie się ustatkowało, powrócił prawidłowy oddech i na twarzy pojawiły się kolory. "– Lila zmartwychwstała", szepnął ktoś […]. A inny, jeszcze złośliwszy Cricotowiec dodał: "– Kantor uzdrawia!!"
[Krzysztof Miklaszewski, "Kantor od kuchni"]
Sydney, 1978

Tadeusz Kantor, 1969, Kraków, fot. Eustachy Kossakowski / Forum
Poszło przede wszystkim o wspólną wizytę w zoo, kiedy aklimatyzowaliśmy się przed premierą. Otóż, ktoś z obsługi zaproponował Kantorowi zdjęcia z koalą. Nie czekając na odpowiedź, zdjął misia z gałęzi i umieścił go Mistrzowi na barkach. Kantor, szczęśliwy niczym dziecię, którego marzenie się spełniło, podbiegł do nas kilka metrów. Podbiegł z triumfem. Błysk radości w oczach zastąpiły nagle błyskawice. Z błyskawic dobył się grzmot krzyku: "– Proszę natychmiast zabrać tego skurwysyna!". Oto niedźwiadek, niesiony na plecach przez Kantora, obudził się przerażony i swoje pokaźne pazurzyska wbił w kark Mistrza. Ten zaś, zraniony niczym byk na korridzie, zaczął biegać z koalą w kółko. Widok był tak zabawny, że wszyscy stanęliśmy i zaczęliśmy pokładać ze śmiechu. Zamiast ratować. Dość powiedzieć: kiedy wreszcie Kantorowi udało się uwolnić od koali, okrzyki jego wcale nie ustały. Następnego dnia oskarżył dyrekcję parku narodowego o… zamach, a nam zakazał jakichkolwiek kontaktów z "wszelką australijską swołoczą".
[Krzysztof Miklaszewski, "Kantor od kuchni"]
Mediolan, 1978

Tadeusz Kantor, przedstawienie "Kurka wodna", 1967, fot. Tadeusz Rolke / AG
Kantor był rzeczywiście blady, stał zgięty i zaciskał zęby z bólu. Jednym słowem: wszystkie objawy wypadnięcia dysku. Niezbędny był zatem dobry masażysta. […] Kilka osób skupiło się wokół Lili Krasickiej. Lila zaczęła telefonować (mówiła kilkoma językami). Wreszcie zameldowała triumfalnie: "– Załatwiłam!". Po chwili dodała: "– Załatwiłam nawet dwie masażystki!". Kantor się uspokoił, ale i podekscytowany rzekł: "– Dwie masażystki! To na pewno pomoże!!". Siedział więc grzecznie, popijając espresso w hotelowej recepcji. […] Po pięciu minutach wszyscy oniemieli. W szklanych drzwiach hoteliku stanęły dwie wymalowane panienki. Ta pierwsza, starsza rangą "pielęgniarka", brunetka o opływowych kształtach, lustrując towarzystwo, przymilnie zapytała w ulicznym slangu (zapamiętałem to zdanko na całe życie): "Dove è questo gallo?" ("Gdzie jest ten Kogut?"). Druga, filigranowa blondynka, pomachała aktorom: "– Hello! Hay!" Zaskoczenie było pełne. Zapanowała stosowna cisza. Ale po pięciu sekundach nikt już powagi nie zachował. Kantor też nie wytrzymał. Na widok "prezentu", który sprawiła mu Lila, a który osobiście w postaciach "massaggiatrici" przybył z sąsiedniej agencji towarzyskiej, by postawić go na nogi, rzeczywiście na te nogi skoczył. Krzyczał – oczywiście – dosyć gwałtownie: "– Kto sprowadził te kurwy?!" Ten skok okazał się jednak leczniczy, bo kręg wrócił na swoje miejsce i przestał uciskać. Uzdrowiony Kantor po chwili radośnie machał ręką.
[Krzysztof Miklaszewski, "Kantor od kuchni"]
Edynburg, 1978

Tadeusz Kantor przed premierą przedstawienia "Wielopole, Wielopole", 1980, Paryż, Théâtre Bouffe du Nord, fot. Tadeusz Rolke / AG
Za wręcz niedopuszczalne praktyki Mistrz uznawał gratulacje, składane w jego obecności… aktorom. "– Ja was nauczyłem grać! – powtarzał Kantor, zapominając, że na konferencji prasowej "obsobaczył" dziennikarzy pytających o tajemnice aktorskiej metody. Zdarzyło się pewnego dnia, że do garderoby Lyceum Theatre, gdzie graliśmy, wkroczyła wielka trójka mistrzów sceny i ekranu: Sean Connery, Kirk Douglas i Rudolf Nurejew. Wkroczyła i zamiast paść przed Mistrzem i łapać go za kolana, ośmieliła się głośno składać gratulacje wszystkim aktorom. Kantor nie wytrzymał tej sceny. Schował się za szafę i stamtąd ujadał: "– Co za skurwysyny! Całkowity brak kindersztuby! To chamy! A gadajcie sobie z nimi! Ja ma ich w dupie! A idźcie sobie na te zasrane kolacje i mówcie o niczym!". Kiedy aktorzy odskoczyli od gości, nie chcą podpaść, rozległ się krzyk: "– A kto się gośćmi zajmie? Może pan Miklaszewski ruszyłby dupą!".
[Krzysztof Miklaszewski, "Kantor od kuchni"]