Niespodziewanie, po czterech latach przerwy przyszła Granda (2010) – album, który odświeżył polską muzykę pop i udowodnił, że publiczność chce obcować z nowymi brzmieniami, formami odbiegającymi od przyjętej normy. W wywiadzie z Sebastianem Rerakiem Brodka mówiła:
Wcześniej było tak, że mijały dwa lata i czułam, że wypada przygotować nowy album. Z kolei do nagrania „Grandy” przygotowywałam się bardzo długo, szukałam ludzi do współpracy. Było we mnie wiele determinacji, aby stworzyć płytę taką, a nie inną.
Przy pracy nad płytą pomagali jej Radek Łukasiewicz z Pustek i Budyń z zespołu Pogodno – współodpowiedzialni za większość ciekawych rzeczy, jakie wydarzyły się na polskiej scenie gitarowej muzyki alternatywnej początku XXI wieku.
Granda to płyta czerpiąca z różnych źródeł i nie zamykająca się na żadne wpływy. Najlepiej świadczy o tym jej brzmienie, pozornie wyznaczone przez elektronikę – syntezatory, keyboardy, ciekawa produkcja. Jednak najbardziej zachęcające rzeczy kryją się w tle, fakturę dźwięków, która przykuwa nasz słuch gwarantują tradycyjne instrumenty z Beskidów. Słyszymy tutaj trombitę – miejscowy aerofon, przypominający alpejski alphorn, dudy, mandolinę i wakat – ludowy instrument perkusyjny. Nie tylko kompozycje i instrumentarium stały się u Brodki odważniejsze, artystka pozwala sobie także na więcej w śpiewie. Robi to swobodniej, prawie w każdym utworze moduluje głos inaczej, zdarza jej się nawet krzyczeć. W rozmowie z Piotrem Miecznikowskim Brodka opowiada:
Tak naprawdę to pierwszy raz mam odwagę nazwać siebie artystką, w końcu mi to wypada, bo wcześniej czułam się trochę jak odtwórca i ktoś wynajęty do tego, żeby zaśpiewać jak najlepiej określone kompozycje. Pomimo tego, że jednak miałam duży wkład w to, co kiedyś nagrywałam to dziś różnica jest kolosalna. Można powiedzieć, że nagrywając „Grandę” czułam się jak debiutantka, wszystko było kompletnie inne, nowe i nie do porównania ze wszystkim, co było wcześniej.