Leon ma 12 lat i żydowskie nazwisko. To ono – połączone z wyraźnie semicką urodą – jest źródłem jego nieszczęść. Mimo że Leon jest najlepszy w fechtunku, a roli nauczył się na długo przed spektaklem, przez swe żydowskie korzenie nie może zagrać Zbyszka z Bogdańca w szkolnym przedstawieniu. W Grodnie 1939 roku Żydzi nie są bowiem mile widziani. Miasto właśnie szykuje się do wojny, wciąż wierząc, że polskie wojska pokonają Niemców, a Grodno pozostanie bezpieczne. Historia ma jednak inne plany – gdy wybucha wojna, zagrożenie przychodzi nie tylko z Zachodu, ale i ze strony Sowietów. Kiedy na obrzeżach miasta stają barykady, Leon postanawia dołączyć do walczących wojsk, by w ten sposób "zasłużyć" na bycie częścią polskiej wspólnoty.
Opowiadając o dramatycznej historii Grodna z pierwszych tygodni II wojny światowej, Krzysztof Łukaszewicz odrzuca polityczne zamówienia. Zarówno tych, którzy chcieliby, by "Orlęta" były opowieścią o polskiej chwale, i tych, którzy woleliby widzieć w jego filmie rozliczenie z przedwojennym polskim antysemityzmem. Obraz Łukaszewicza jest niewygodny dla każdej ze stron polityczno-publicystycznych sporów, które toczą dziś Polskę. W jego filmie dostaje się bowiem zarówno narodowcom, jak i radykalnie komunizującym Żydom, którzy w decydującym momencie strzelają w plecy swoich polskich sąsiadów, a także milczącej większości przymykającej oko na krzywdę żydowskich sąsiadów.