O Misiu mówi się często jako o zbiorze luźnych skeczy, jednak intryga w filmie Barei jest prawdziwie misterna. Punktem wyjścia są problemy z paszportem – a więc dokumentem, który za czasów PRL podlegał wyjątkowej kontroli władzy. Kiedy prezes klubu sportowego „Tęcza” Ryszard Ochódzki (Stanisław Tym) próbuje razem z grupą zawodników przekroczyć granicę, zostaje zatrzymany w kraju, ponieważ w jego paszporcie brakuje kilku kartek.
Bohater nie ma wątpliwości, że za wszystkim stoi jego była żona Irena (Barbara Burska), która próbuje uniemożliwić mężczyźnie wyjazd z Polski. Kobieta nie chce bowiem dopuścić, aby Ochódzki dostał się do Londynu i opróżnił konto, które przed laty wspólnie założyli. Aby przejąć pieniądze zanim zrobi to eks-małżonka, bohater postanawia znaleźć sobowtóra, który mógłby pojechać do Anglii zamiast niego. Dzięki pomocy producenta filmowego, znanego z realizacji pseudo-patriotycznych ramot Jana Hochwandera (Krzysztof Kowalewski) udaje się w końcu odnaleźć odpowiedniego kandydata. Jest nim Stanisław Paluch (Stanisław Tym), prosty węglarz, mający co prawda bujną fryzurę, ale poza tym wyglądający tak samo jak prezes klubu „Tęcza”. Palucha ma uwieść Aleksandra (Christine Paul-Podlasky), aspirująca aktorka, której Ochódzki obiecał rolę w filmie samego Romana Polańskiego…
Intryga fabularna jest w komedii Barei okalana serią filmowych skeczy, w których pojawiają się postaci tak barwne, jak amatorski artysta „wesoły Romek”, czy porucznik M.O. Lech Ryś vel „Wujek Dobra Rada” (Stanisław Mikulski). To właśnie w tych pobocznych scenkach zawiera się satyryczny obraz życia w Polsce Ludowej. Jest to świat, w którym sztućce w barach mlecznych są przytwierdzane do stolików łańcuchami, w kiosku sprzedaje się spod lady mięso, a na warszawskim lotnisku widnieje tabliczka z informacją, że najbliższy taras widokowy dla odprowadzających znajduje się we Wrocławiu.

Kadr z filmu "Miś", reżyseria: Stanisław Bareja. Na zdjęciu: Christine Paul i Stanisław Tym, fot. Studio Filmowe Zebra/ Filmoteka Narodowa / www.fototeka.fn.org.pl
Tytułowego misia – brzydką słomianą kukłę, którą nie wiadomo po co helikopter unosi nad Warszawą – można potraktować jako symbol siermiężności i absurdów PRL-u. Co prawda Bareja znacznie wyostrza peerelowskie niedorzeczności, ale jego niemal surrealistyczna wizja mocno opiera się na społecznych realiach tamtego czasu. Reżyser kpi przy tym ze wszystkich i ze wszystkiego: z głupoty milicjantów, konformizmu artystów („ja wam zawsze wszystko wyśpiewam!”), czy z wszechobecnego cwaniactwa. Za satyrą kryje się jednak gorzka refleksja: obywatele Polski Ludowej żyją w prowizorycznym, byle jakim świecie, który wypadł z kolein.
Nie przypadkiem w dialogach nieustannie powraca pojęcie „tradycja”, którego żaden z głównych bohaterów nie potrafi zdefiniować. Brakuje tego, co mogłoby nadać jakiś sens wspólnocie – zdaje się mówić reżyser w finale filmu – bo prawdziwa, dająca oparcie tradycja została zastąpiona przez sztucznie skonstruowane, socjalistyczne „nowe świeckie tradycje”.