Joseph Conrad był człowiekiem tragicznie rozdartym. Miotał się między lojalnością wobec wybranej ojczyzny – Wielkiej Brytanii – a brakiem akceptacji dla jej niezaspokojonych imperialnych apetytów. Polak, z kraju wymazanego wówczas z mapy świata, który z własnego wyboru został marynarzem, uzyskał stopień kapitana, otrzymał obywatelstwo brytyjskie, a w końcu został angielskim pisarzem, jawi się tu jako silna osobowość twórcza, a zarazem postać godna wyrozumiałego współczucia.
Los, bądź odziedziczony po polskich przodkach romantyczny "gen", stawiał go wobec ciągłych wyborów pomiędzy nakazami honoru a niezbędnym w żeglarskim fachu podporządkowaniu się dyscyplinie, obowiązującej załogę zarówno na morzu, jak również na lądach, w portach. Wypełnianie odgórnych poleceń kolidujących niekiedy z etycznymi wartościami i nakazami sumienia pozostawiało w Conradzie obezwładniający osad wątpliwości. Był to jeden z głównych czynników, który w końcu uczynił go pisarzem – piórem mógł dać światu świadectwo swoich daleko idących zastrzeżeń do sposobu przeprowadzania terytorialnych podbojów.
Innym aspektem pisarstwa Josepha Conrada był kaprys przeznaczenia. Sprawił, że autor "Smugi cienia" zasadniczo rozminął się z czasem. Urodził się cokolwiek za późno i w trudnym momencie dziejowym doszedł do stopnia kapitana. Szlachetna morska żegluga żaglowa – jedyna w jego pojęciu, której warto było poświęcać uwagę i gdzie szukał dla siebie miejsca – w pełnej glorii odchodziła właśnie do dziejowego lamusa.
Przyszedł bowiem zmierzch romantycznych podróży żaglowcami, które w wieku odkryć i wynalazków były wypierane przez żeglugę parową, znacznie szybszą, bo niezależną od siły wiatru. Zamiast komendy: "Żagle na maszt!", coraz częściej padało odtąd: "Całą parą naprzód!". Okręty żaglowe nieuchronnie wychodziły z użytku.
W związku z tym coraz trudniej było mu znaleźć zatrudnienie. Zdobycie posady odpowiadającej jego kwalifikacjom graniczyło z cudem. W wolnym czasie – zarówno podczas podróży, jak i w czasie przestojów na lądzie – niespełniony wilk morski garnął się do pióra.
Na 20 lat pracy Josepha Conrada w fachu marynarza tylko osiem z nich udało mu się spędzić na morzu. Większość czasu strawił bowiem na poszukiwaniach satysfakcjonującego zatrudnienia. Wykorzystywał wszelkie okazje, dlatego też zdarzało mu się obejmować stanowiska poniżej własnej rangi, w ostateczności nawet na parowcach.
Joseph Conrad urodził się jako Józef Teodor Konrad Korzeniowski w Berdyczowie na Ukrainie, gdzie panoszył się rosyjski zaborca, stąd też jako kilkulatek poniewierał się wraz z rodzicami po etapach carskich zesłań. Od dzieciństwa zaznawał porządków dyktowanych z pozycji siły, toteż łatwo dostrzegł skrajną niesprawiedliwość i hipokryzję zachodniego świata, która okrutnych najeźdźców nazywała dobroczyńcami niosącymi postęp i cywilizację. Prawda tymczasem wyglądała dokładnie odwrotnie – tzw. dzicy mieszkańcy podbitych lądów bronili swoich domów, terenów łowieckich i naturalnych dóbr przyrody przed bezwzględną grabieżą uzbrojonych po zęby białych prześladowców.
Conrad dobrze wiedział, po czyjej powinien być stronie. Z zasady nie trzymał z silniejszymi. Przekonał się bowiem, że najbardziej barbarzyńskie praktyki popełniali jednak biali najeźdźcy, a nie broniący się przed nimi "dzicy".
Maya Jasanoff z pietyzmem oddziela fakty z życia pisarza od ich prozatorskiego przekazu. Idąc śladem poprzednich badaczy, amerykańska biografka (najczęściej w tym względzie powołująca się na ustalenia Zdzisława Najdera) zrobiła dużo więcej. Udała się tropem jednej z podróży Conrada, w górę rzeki Kongo – także przez permanentnie ogarniętą wojną domową Demokratyczną Republikę Konga – co się okazało równie ekscytującą, jak niebezpieczną wyprawą.
Wybierałam się do Konga, ponieważ chciałam zobaczyć, co tylko się da z tego, co dostrzegł tam Conrad – bo to, co dostrzegł Conrad, kształtuje w dużej mierze to, co od tamtego czasu zobaczyli inni. "Jądro ciemności" pozostaje jedną z najpowszechniej czytanych powieści napisanych w języku angielskim, a adaptacja filmowa "Czas apokalipsy" przyciągnęła do jej literackiej wersji jeszcze więcej czytelników. Sam tytuł zaczął żyć własnym życiem. Powieść stała się probierzem dla myślenia o Afryce i Europie, cywilizacji i okrucieństwie, imperializmie, ludobójstwie, szaleństwie – o samej ludzkiej naturze.
Przed ponad 100 laty w podobną trasę 800 mil w górę rzeki udał się autor "Jądra ciemności", oglądający tam wstrząsające ślady zaprowadzania "cywilizacji" przez poddanych króla Leopolda II – belgijskich kolonizatorów, zaganiających tubylczą ludność do morderczej pracy przy zbiorach kauczuku. Niewywiązanie się z narzuconych im "norm" karano obcinaniem dłoni. Ponieważ nadzorców wynagradzano według ich liczby, po każdym dniu pracy krwawe żniwo wysypywało się z wyznaczonych do tego celu koszy.
W opowieści Conrada owego makabrycznego motywu nie ma. Atmosferę grozy wywołuje za to opis przybicia okrętu do portowego nabrzeża w dżungli, przy którym umieszczono szpaler tyczek z nabitymi na nie specjalnie spreparowanymi głowami "buntowników". Ich opis wskazuje jednak, że autor zastosował tu zupełnie inny trop geograficzny, zaczerpnięty z praktyk wcale nie afrykańskiego, lecz indonezyjskiego rytuału plemienia łowców głów, których zwyczaje poznał w Borneo.
Zacieranie śladów i plątanie tropów to jeden ze sposobów uprawiania powieściopisarstwa przez lojalnego brytyjskiego obywatela, Josepha Conrada. Pomimo znanych z prasy nazwisk realnych sprawców rozmaitych sprzeniewierzeń i wykroczeń przeciw obowiązującemu prawu, w prozie autora "Tajnego detektywa" zmieniają się one w inaczej brzmiące, a w ślad za tym – otrzymują inną przynależność państwową. Np. opisany w "Lordzie Jimie" haniebny postępek – w rzeczywistości popełniony przez poddanego królowej Wiktorii – na kartach jego książki staje się dziełem tchórzliwego Niemca (z kolei w powieści "W oczach Zachodu", obrywa się innemu reprezentantowi państw zaborczych – Rosjaninowi dopuszczającemu się zdrady przyjaciela).
Spekulacje, że w ten sposób pisarz mógłby zjednywać sobie łaski królewskiego majestatu, nie znajdują uzasadnienia. Kiedy bowiem pojawiły się pogłoski, że przedstawiono go do prestiżowego Orderu Zasługi, oznajmił: "Jestem głęboko przekonany, że Kipling jest właściwą osobą i że dla mnie Order Zasługi nie byłby odpowiednim zaszczytem, bo niezależnie od moich najgłębszych uczuć, nie mogę się uznać za spadkobiercę tradycji literatury angielskiej". Konsekwentnie odrzucał też doktoraty honorowe z Oxfordu, Edynburga, Cambridge i Yale, podobnie jak propozycję otrzymania tytułu szlacheckiego (po co mu był nowy, skoro po przodkach, Korzeniowskich herbu Nałęcz, dziedziczył dużo starszy).
Chociaż Joseph Conrad nie pisał relacji reporterskich, tylko fikcję literacką, sporo dzisiejszych czytelników, a nawet badaczy zraża "rasistowski język" jego prozy. Trudno jednak mieć pretensje do autora, że pod koniec XIX wieku zatytułował powieść "Murzyn z załogi »Narcyza«", skoro dopuszczalny dziś termin Afroamerykanin powstał stulecie później.
Kiedy swego czasu zastano pół Amerykanina i pół Kenijczyka Baracka Obamę – wówczas jeszcze studenta – przy lekturze "Jądra ciemności" i zapytano go, dlaczego czyta ten "rasistowski traktat", odrzekł: "Dlatego, że wiele się z niej [powieści] dowiaduję. […] O białych. Rozumiesz, ta książka tak naprawdę nie mówi o Afryce. Ani o czarnych. Ona mówi o człowieku, który ją napisał. […] O pewnym sposobie patrzenia na świat".
Cytująca amerykańskiego prezydenta Maya Jasanoff ma o swoim bohaterze podobne zdanie: "Dla tego pisarza rzecz nie sprowadzała się do stwierdzenia, że »dzicy« są nieludzcy. Raczej do tego, że każdy człowiek może stać się dziki".
Conrad obiecał dawnemu przyjacielowi ojca, że szanując patriotyczne marzenie rodziców, zawsze będzie płynął do Polski. Zdaniem jego biografki: "jeśli dokądś płynął przez te dwadzieścia lat, to do Wielkiej Brytanii".
Na morzu Konrad Korzeniowski stał się Josephem Conradem. Nauczył się mówić po angielsku na brytyjskich statkach, odnalazł tam zawodową niszę i rolę społeczną, stał się prawdziwym naturalizowanym poddanym brytyjskim i – jakoś pod koniec lat 80. XIX wieku – zaczął tworzyć prozę, by poświęcić resztę życia pisaniu o marynarzach, statkach i morzu. W rękach Conrada autora kwestie biograficzne stawały się alchemicznym tworzywem. Przeobraził brytyjski statek żaglowy w wyznacznik etycznego postępowania. Stał się on dla niego tym, czym dla jego rodziców była Polska: romantycznym ideałem, który służył za życiowy drogowskaz.
Biografia Josepha Conrada pióra Mai Jasanoff to rzetelna, w szczegółach wręcz imponująca próba przywrócenia powszechnej pamięci pisarza światowej klasy. Pozwala nam spojrzeć na jego życie i twórczość z punktu widzenia współczesnego czytelnika zza oceanu. "W oczach Zachodu", by posłużyć się tytułem jednej z jego powieści, Conrad został przez to uwolniony z oczekiwań, jakie wobec niego formułowała polska opinia krytyczno-literacka.
Dlatego też próżno tu szukać śladów rodzimych partykularyzmów, na czele z równie idiotycznym, co pozbawionym podstaw atakiem Elizy Orzeszkowej, która swego czasu – w tekście "Emigracja zdolności", zamieszczonym w petersburskim "Kraju" [1889/12] – postawiła piszącego po angielsku autora w rzędzie dezerterów. Joseph Conrad całym swoim życiem i twórczością udowodnił, że nie każdy musi tkwić w przyrodzonym mu językowym getcie. Zawsze walczył ze zniewoleniem – każdym, także umysłowym – i chwała mu za to.
Maya Jasanoff
"Joseph Conrad i narodziny globalnego świata"
tłumaczenie: Krzysztof Cieślik, Maciej Miłkowski
Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018
okładka: twarda
wymiary: 155 x 230 mm
liczba stron: 392
ISBN: 978-83-7976-974-2
Autor: Janusz R. Kowalczyk, styczeń 2019